czwartek, 29 listopada 2012

In Black Eyes



Zawsze o tej porze roku wyjeżdżali w góry – zimne, białe.

Wiedziałam, że wiązania są za mocno zapięte! A ty mógłbyś bardziej uważać! – Krzyczała.
- Przepraszam, ale mógłbym to samo powiedzieć o tobie.
Popatrzyli na siebie i  obydwoje wybuchnęli śmiechem. Krzysztof usiadł obok niej i pomógł wypiąć narty.
- Jak się czujesz, wszystko w porządku? – Zapytał.
- Ręce całe, żebra całe, głowa chyba też. – Odpowiedziała jakby wypadek przydarzył się komuś innemu. Nie lubiła pieścić się ze sobą. Zawsze mówiła, że cokolwiek się dzieje, nie jest to przecież koniec świata.
- Możesz wstać? Daj rękę, pomogę ci.
- Ała! – Syknęła robiąc jednocześnie grymas, który spowodował, że Krzysztof dopiero teraz zwrócił uwagę na jej urodę.
Mimo kombinezonu była szczupła, z delikatnym wcięciem w tali. Oczy miała nienaturalnie niebieskie, a spod kasku wystawały kasztanowo, miedziane włosy.
- Wiesz? Chyba nie dam rady ani zejść, ani zjechać.
- A dasz radę wskoczyć mi na plecy? Wtedy będziemy mogli zjechać razem.
- Oczywiście! – Odpowiedziała z entuzjazmem zapominając, że w ogóle się nie znają i są dla siebie całkowicie obcy.
- Długo zamierzałaś tu zostać?
- Zamierzałaś? Zamierzam! Cały tydzień. Dzisiaj jest pierwszy dzień.
- To masz pecha. Nie wydaje mi się żebyś mogła jeszcze jeździć na nartach.
- Dlaczego zaraz pecha? Przecież nigdy nie wiemy, jakie będą konsekwencje zdarzeń.
- Masz rację, ale przyjechałaś w góry żeby cieszyć się nartami.
- To będę cieszyła się czymkolwiek innym.

Krzysztof pomyślał, że spotkał kosmitkę nie z tej planety. Jakiś dziwoląg niepasujący do otoczenia.

- No to wskakuj. Trzymasz się?
- Nie mów tyle tylko jedź!

Siedział pod ścianą i czekał. Jarzeniówka nadawała alfabetem morse’a sobie tylko znany tekst. Korytarzem to w jedną, to w drugą stronę, powłócząc nogami przechadzał się starszy mężczyzna. Drzwiami, co rusz wchodzili i wychodzili różni ludzie.
- Zupełnie jak na dworcu. – Pomyślał Krzysztof. W tym kraju ludzie lubią chorować.

- To tylko kolano! – Powiedziała jeszcze z daleka, uprzedzając jego pytanie. Da się z tym żyć. Na szczęście obyło się bez gipsu, a jedynie usztywnieniem opaską. – Dodała uśmiechając się jednocześnie.
- Zamówię taksówkę.
- Dobry pomysł. Nie będę ukrywać, ale chętnie znalazłabym się w łóżku z kubkiem gorącej herbaty.

- Gdybyś czegoś potrzebowała, zadzwoń.  A w ogóle, jak masz na imię?  Zapytał wychodząc z jej pokoju.
- Marysia. A ty?
- Krzysztof.

Nigdy później nie zastanawiali się, dlaczego wtedy, cały tydzień spędzili razem. Spontanicznie wypełniali sobą czas. Bawili się w dokończenie historii zaczętej jego zdjęciem lub jej tekstem. Każde z nich musiało dopowiedzieć ciąg dalszy. Ona dopisywała tekst do zrobionego zdjęcia, on robił zdjęcie do napisanego tekstu.

Zawsze wyjeżdżali razem, ale teraz było inaczej. Prace badawcze w instytucie zmusiły ją do pozostania na miejscu.

Minęły dwa dni odkąd Krzysztof wyjechał. Dziwiło ją, że nie dzwonił przez cały dzień i nie odbierał telefonów od niej. Najlepszym sposobem żeby myśli wypatrywały innych emocji od tych typowych w takich sytuacjach, było zajęcie się tym, co sprawiało jej radość. Zaczęła pisać list. List był adresowany do Krzysztofa  do jej jedynego, prawdziwego kochanka.

Była już późna noc, kiedy obudził ją natarczywy dźwięk telefonu. Do tej pory była przekonana, że lubiła dzwoneczki wydobywające się z małego, świecącego pudełeczka. Teraz były czymś niepokojącym.

Głos w słuchawce był spokojny i rzeczowy. Ona tylko odpowiadała: „Tak… Tak… Tak… Dobrze.”

Następnego dnia nie poszła do pracy. Spakowała niezbędne rzeczy, wypiła pośpiesznie czarną, gorzką kawę i pojechała na dworzec kolejowy.

Od tego dnia upłynęło kilka lat. Krzysztof przyzwyczaił się do nowej rzeczywistości. Często myślał o fenomenie natury. O tym, jakim cudownym narzędziem są ludzkie ciało i umysł.
Podobnie o jego ciele i umyśle mówiła Marysia. Mówiła, że nikt nie potrafi na nią tak patrzeć, jak on swoimi rękami. Jego wzrok wyostrzył się opuszkami palców.
Wieczorami, pachnąca mydłem wtulała się w niego i czekała aż zacznie na nią patrzeć. Lubiła, kiedy na nią patrzył, kiedy w ciemności odnajdywał każdy zakamarek jej ciała.

Z czasem nauczył się rysować i wszyscy zastanawiali się, jak to jest możliwe. On nie zastanawiał się tylko rysował. Rysował kolorowe portrety swojej kochanki.
Kolory pamiętał sprzed dnia, w którym zeszła lawina – akurat wtedy, kiedy on tym samym zboczem zjeżdżał na nartach.
W jednej chwili kolory ustąpiły miejsca czerni tworzących się rytuałów jego nowego życia.

- Krzysztof... Krzysztof! Chcesz coś do picia?  Zawołała z kuchni i nie doczekawszy się odpowiedzi weszła do pracowni.
- Dlaczego nie odpowiadasz? Przecież mówię do ciebie, a ty... – Nie dokończyła.
Patrząc na kałużę krwi wokół krzesła, na którym siedział Krzysztof, dziwiła się, że krew może być taka ciemna.

Zgodnie z Krzysztofa życzeniem jego prochy rozsypała w górach. W szczelinę między kamieniami włożyła list adresowany do jej jedynego, prawdziwego kochanka.
- Wiem, że go teraz przeczytasz. – Wyszeptała.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz