Zawsze
o tej porze roku wyjeżdżali w góry – zimne, białe.
- Wiedziałam, że wiązania są za mocno zapięte! A ty mógłbyś bardziej uważać! – Krzyczała.
- Wiedziałam, że wiązania są za mocno zapięte! A ty mógłbyś bardziej uważać! – Krzyczała.
-
Przepraszam, ale mógłbym to samo powiedzieć o tobie.
Popatrzyli
na siebie i obydwoje wybuchnęli śmiechem. Krzysztof usiadł
obok niej i pomógł wypiąć narty.
-
Jak się czujesz, wszystko w porządku? – Zapytał.
-
Ręce całe, żebra całe, głowa chyba też. – Odpowiedziała jakby wypadek
przydarzył się komuś innemu. Nie lubiła pieścić się ze sobą. Zawsze mówiła, że
cokolwiek się dzieje, nie jest to przecież koniec świata.
-
Możesz wstać? Daj rękę, pomogę ci.
-
Ała! – Syknęła robiąc jednocześnie grymas, który spowodował, że Krzysztof
dopiero teraz zwrócił uwagę na jej urodę.
Mimo
kombinezonu była szczupła, z delikatnym wcięciem w tali. Oczy miała
nienaturalnie niebieskie, a spod kasku wystawały kasztanowo, miedziane włosy.
-
Wiesz? Chyba nie dam rady ani zejść, ani zjechać.
-
A dasz radę wskoczyć mi na plecy? Wtedy będziemy mogli zjechać razem.
-
Oczywiście! – Odpowiedziała z entuzjazmem zapominając, że w ogóle się nie znają
i są dla siebie całkowicie obcy.
-
Długo zamierzałaś tu zostać?
-
Zamierzałaś? Zamierzam! Cały tydzień. Dzisiaj jest pierwszy dzień.
-
To masz pecha. Nie wydaje mi się żebyś mogła jeszcze jeździć na nartach.
-
Dlaczego zaraz pecha? Przecież nigdy nie wiemy, jakie będą konsekwencje
zdarzeń.
-
Masz rację, ale przyjechałaś w góry żeby cieszyć się nartami.
-
To będę cieszyła się czymkolwiek innym.
Krzysztof
pomyślał, że spotkał kosmitkę nie z tej planety. Jakiś dziwoląg niepasujący do
otoczenia.
-
No to wskakuj. Trzymasz się?
-
Nie mów tyle tylko jedź!
Siedział
pod ścianą i czekał. Jarzeniówka nadawała alfabetem morse’a sobie tylko znany
tekst. Korytarzem to w jedną, to w drugą stronę, powłócząc nogami przechadzał
się starszy mężczyzna. Drzwiami, co rusz wchodzili i wychodzili różni ludzie.
-
Zupełnie jak na dworcu. – Pomyślał Krzysztof. W tym kraju ludzie lubią
chorować.
-
To tylko kolano! – Powiedziała jeszcze z daleka, uprzedzając jego pytanie. Da
się z tym żyć. Na szczęście obyło się bez gipsu, a jedynie usztywnieniem
opaską. – Dodała uśmiechając się jednocześnie.
-
Zamówię taksówkę.
-
Dobry pomysł. Nie będę ukrywać, ale chętnie znalazłabym się w łóżku z kubkiem
gorącej herbaty.
-
Gdybyś czegoś potrzebowała, zadzwoń. A w ogóle, jak masz na imię? – Zapytał wychodząc z jej pokoju.
-
Marysia. A ty?
-
Krzysztof.
Nigdy
później nie zastanawiali się, dlaczego wtedy, cały tydzień spędzili razem.
Spontanicznie wypełniali sobą czas. Bawili się w dokończenie historii zaczętej jego zdjęciem
lub jej tekstem. Każde z nich musiało dopowiedzieć ciąg dalszy. Ona dopisywała
tekst do zrobionego zdjęcia, on robił zdjęcie do napisanego tekstu.
Zawsze
wyjeżdżali razem, ale teraz było inaczej. Prace badawcze w instytucie zmusiły ją do pozostania na miejscu.
Minęły
dwa dni odkąd Krzysztof wyjechał. Dziwiło ją, że nie dzwonił przez cały dzień i
nie odbierał telefonów od niej. Najlepszym sposobem żeby myśli wypatrywały
innych emocji od tych typowych w takich sytuacjach, było zajęcie się tym, co
sprawiało jej radość. Zaczęła pisać list. List był adresowany do Krzysztofa – do jej jedynego, prawdziwego kochanka.
Była
już późna noc, kiedy obudził ją natarczywy dźwięk telefonu. Do tej
pory była przekonana, że lubiła dzwoneczki wydobywające się z małego,
świecącego pudełeczka. Teraz były czymś niepokojącym.
Głos w
słuchawce był spokojny i rzeczowy. Ona tylko odpowiadała: „Tak… Tak… Tak…
Dobrze.”
Następnego
dnia nie poszła do pracy. Spakowała niezbędne rzeczy, wypiła pośpiesznie
czarną, gorzką kawę i pojechała na dworzec kolejowy.
Od
tego dnia upłynęło kilka lat. Krzysztof przyzwyczaił się do nowej
rzeczywistości. Często myślał o fenomenie natury. O tym, jakim cudownym
narzędziem są ludzkie ciało i umysł.
Podobnie
o jego ciele i umyśle mówiła Marysia. Mówiła, że nikt nie potrafi na nią tak
patrzeć, jak on swoimi rękami. Jego wzrok wyostrzył się opuszkami palców.
Wieczorami,
pachnąca mydłem wtulała się w niego i czekała aż zacznie na nią patrzeć.
Lubiła, kiedy na nią patrzył, kiedy w ciemności odnajdywał każdy zakamarek jej
ciała.
Z
czasem nauczył się rysować i wszyscy zastanawiali się, jak to jest możliwe. On
nie zastanawiał się tylko rysował. Rysował kolorowe portrety swojej kochanki.
Kolory
pamiętał sprzed dnia, w którym zeszła lawina – akurat wtedy, kiedy on tym samym
zboczem zjeżdżał na nartach.
W
jednej chwili kolory ustąpiły miejsca czerni tworzących się rytuałów jego
nowego życia.
- Krzysztof... Krzysztof! Chcesz coś do picia? – Zawołała z kuchni i nie doczekawszy się odpowiedzi weszła do pracowni.
- Dlaczego nie odpowiadasz? Przecież mówię do ciebie, a ty... – Nie dokończyła.
Patrząc na kałużę krwi wokół krzesła, na którym siedział Krzysztof, dziwiła się, że krew może być taka ciemna.
- Dlaczego nie odpowiadasz? Przecież mówię do ciebie, a ty... – Nie dokończyła.
Patrząc na kałużę krwi wokół krzesła, na którym siedział Krzysztof, dziwiła się, że krew może być taka ciemna.
Zgodnie
z Krzysztofa życzeniem jego prochy rozsypała w górach. W szczelinę między
kamieniami włożyła list adresowany do jej jedynego, prawdziwego kochanka.
-
Wiem, że go teraz przeczytasz. – Wyszeptała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz