Jazda na rowerze, gdy temperatura w cieniu
dochodziła do 30°C, w jego
przypadku nie należała do łatwych. Jechał już kilkadziesiąt kilometrów i zaczynał
odnosić wrażenie jakby poruszał się po zgliszczach własnego umysłu.
- Królestwo za kawałek nie-słońca! – krzyknął.
Kiedy chciał krzyknąć jeszcze raz, dostrzegł inne
od pozostałych drzewo, gęstą zielenią okrywające konary rozłożyste. Obok
drzewa, Jezus mały, na stalowym krzyżu z opuszczoną głową, jakby schronienia
przed spiekotą szukał.
Nie zastanawiał się nad logicznością tej chwili. Po
prostu położył się w cieniu drzewa i patrzył, to na Chrystusa, to na zielone
liście nad nim, to na niebo z przelatującym wysoko samolotem.
Przypomniały mu się dawne czasy, kiedy też tak jak
teraz, wpatrywał się w białe smugi na niebie, a później rozpościerał skrzydła i
latał.
- Zobacz, jeszcze jeden amator taniego wina –
usłyszał niewyraźnie czyjeś słowa.
- Halo! Dobrze się pan czuje?! – usłyszał drugi głos, jednocześnie czując
szarpnięcie.