Mimo, że była już jesień, przypłynął
łódką. Starą, drewnianą, płaskodenną łódką. Taką, jaką miejscowi rybacy
wypływają co rano na połów ryb żeby wyżywić swoje rodziny.
Wiedział,
że aby dojść do jeziora będzie musiał przejść przez stary, buczynowy las i
dalej wokół do miasteczka – sennego i zapomnianego przez Boga.
Miasteczka,
w którym nic ciekawego nie dzieje się, bo z jakich powodów akurat tutaj miałoby
się coś ciekawego dziać?
Taką
opinie o swoim miejscu na Ziemi wyrażali miejscowi.
Mógł
przyjechać autobusem, ale uwielbienie zapachu butwiejących liści zachęciło go
do pieszej wędrówki. Ci, którzy go znali mówili o nim: „spontanicznie
wędrujący”. Lubił to określenie. Było trafnym odzwierciedleniem jego osobowości
i gdyby miał wybór, nazwałby się: „Spontanicznie Wędrujący”.
Za
każdym razem, kiedy o tym myśli, uśmiecha się, a oczy nabierają jeszcze
większego blasku.