Mimo, że była już jesień, przypłynął
łódką. Starą, drewnianą, płaskodenną łódką. Taką, jaką miejscowi rybacy
wypływają co rano na połów ryb żeby wyżywić swoje rodziny.
Wiedział,
że aby dojść do jeziora będzie musiał przejść przez stary, buczynowy las i
dalej wokół do miasteczka – sennego i zapomnianego przez Boga.
Miasteczka,
w którym nic ciekawego nie dzieje się, bo z jakich powodów akurat tutaj miałoby
się coś ciekawego dziać?
Taką
opinie o swoim miejscu na Ziemi wyrażali miejscowi.
Mógł
przyjechać autobusem, ale uwielbienie zapachu butwiejących liści zachęciło go
do pieszej wędrówki. Ci, którzy go znali mówili o nim: „spontanicznie
wędrujący”. Lubił to określenie. Było trafnym odzwierciedleniem jego osobowości
i gdyby miał wybór, nazwałby się: „Spontanicznie Wędrujący”.
Za
każdym razem, kiedy o tym myśli, uśmiecha się, a oczy nabierają jeszcze
większego blasku.
Wypełniony
zapachami jesieni doszedł do granicy drzew i wody. Dalej, rysowało się jezioro
i przeciwległy brzeg. Słońce było jeszcze wysoko, dlatego zdziwił się widokiem
łódki i siedzącego w niej mężczyzny.
Mężczyzna
wpatrzony w nieruchomy spławik, zdawał się nie widzieć przybysza.
Jedynie
pies – jego wierny towarzysz – jakby od niechcenia przerwał niczym niezakłóconą
drzemkę, usiadł na tylnych łapach, ziewnął szeroko pokazując długi, czerwony
język i białe zęby. Podrapał się za lewym uchem, ziewnął jeszcze raz i nie
wykazując większego zainteresowania człowiekiem stojącym na brzegu, położył się
obok swojego opiekuna i zasnął – śniąc ciąg dalszy harców z suczką z
sąsiedztwa.
-
Dzień dobry! Biorą?! – Krzyknął w stronę łódki.
Mężczyzna
zamiast odpowiedzieć, podpłynął do przybysza.
Zauważył
go jak tylko ten wyszedł zza linii drzew. Brak zaciekawienia był tylko grą.
Przecież nie często zdarza się żeby w te strony zawitał obcy i gdyby ten
odszedł bez słowa, opiekun psa nigdy by sobie nie darował zmarnowanej okazji do
dowiedzenia się, kim obcy jest i co tu robi.
-
Dzień dobry!. Co pana sprowadza w takie miejsce? Prędzej ducha bym się spodziewał
niż człowieka.
-
Miejsce jak każde inne. Idę do miasta.
-
Miejsce jak każde inne, powiada pan? Od
razu widać, że z daleka. I czego pan szuka w naszym mieście?
-
Słyszałem, że macie piekarza – mistrza nad mistrzami. Wypieka chleb, jakiego
nigdzie indziej nie ma. Chleb, któremu po spróbowaniu nie można się oprzeć i
chciałoby się jeść tylko ten. Nie łapczywie. Z namaszczeniem. Kromka po kromce.
-
Jeżeli nie chce pan powiedzieć, pana sprawa, ale myślę, że to nie chleb jest
powodem wizyty. Bo czymś normalnym jest wędrowanie po świecie żeby zjeść
kawałek chleba?
-
Jeżeli nauczymy się dostrzegać piękno w najzwyklejszych rzeczach, rozróżnimy je
i radością będzie bycie częścią ich świata.
Śpiący
do tej pory pies podniósł jedną powiekę. Leniwym spojrzeniem ocenił, że
najwyraźniej nic godnego uwagi nie wydarzyło się i poddał się dalszemu ciągowi drzemki
rozkołysanej falami jeziora.
-
Powiedzcie, daleko jeszcze do miasta? – Zapytał, mimo że znał odpowiedź.
-
Trzeba obejść jezioro. Ale jak chcecie, mogę was zabrać łódką? Będzie bliżej.
-
Nie za zimno na pływanie?
Wolne
miejsce było tylko obok psa, usiadł więc bez zastanowienia. Pies położył łeb na
jego nogach nie przerywając snu.
-
Polubił pana. Zazwyczaj nie ufa obcym.
-
Najwyraźniej nie jestem dla niego obcy.
Mężczyzna
zanurzył wiosła w wodzie i z każdym ich ruchem oddalali się od brzegu, płynąc w
stronę drugiego.
-
Czas poszukać noclegu. – Powiedział do siebie cichym głosem, ruszając z
entuzjazmem w stronę apteki.
Wszedł
na kamienne stopnie. Przez oszklone drzwi widać było młodą aptekareczkę w
białym fartuchu z raczej niemałym dekoltem. Odgarniając z czoła kosmyk rdzawych
włosów, siedziała za kontuarem i czytała, a raczej patrzyła na magazyn leżący
przed nią.
Dźwięk
dzwonka wiszącego nad drzwiami i mówiącego w imieniu wchodzących: „jestem”,
wyrwał ją z odrętwienia. Zobaczywszy, że nie jest to żaden ze stałych klientów
– na dodatek nieznajomy – uśmiechnęła
się szeroko.
-
Dobry wieczór. W czym mogę panu pomóc? – Powiedziała młoda aptekareczka
jednocześnie poprawiając fartuch.
Nie
zareagował od razu, bowiem jego nozdrza wyłuskały dobrze mu znane zapachy.
Kamfora, waleriana, zioła ucierane w moździerzu, olejki. Wszystko to tworzyło
eteryczne obrazy z przeszłości. Upajałby się niespiesznie chwilą, ale dłuższe
milczenie byłoby niegrzecznością.
-
Dobry wieczór. – Odpowiedział odwzajemniając uśmiech i żeby nie robić pani
zbędnej nadziei na nowe życie podał receptę, własnoręcznie zapisaną drobnym
tekstem.
-
Jutro wieczorem opuszczę to urocze miasteczko, czy do tego czasu zdąży pani
przygotować miksturę?
-
Zobaczmy, co tu mamy. Niespotykane połączenie. Z jednym składnikiem może być
problem, ale postaram się zdążyć.
-
Będę bardzo wdzięczny. Przy okazji – nie wie pani gdzie mógłbym znaleźć jakiś
nocleg?
Gdyby
nie dziadek, którym opiekowała się poza pracą, chętnie przenocowałaby
nieznajomego w swoim łóżku. Życie jest krótkie, więc dlaczego nie korzystać z
niego dopóki możemy? – Pomyślała.
-
Obok trzech krzyży jest malutki hotelik. Proszę tam spróbować. Trafi pan bez
problemu.
-
Jest pani bardzo miła. Dziękuję i do zobaczenia. Spokojnej nocy życzę.
-
Panu też życzę spokojnej nocy.
Będąc
już w drzwiach, nie odwracając się w jej stronę powiedział: „I proszę pozdrowić
dziadka”.
Z
zastygłym uśmiechem na twarzy wpatrywała się w plecy oddalające się w mroku
miasteczka, aż do całkowitego ich zniknięcia.
Kiedy
obudził się, za oknami poranna mgła oplatała wszystko pozwalając zaledwie wierzchołkom
drzew, ostatnim ich tchem wyswobodzić się z jej objęć.
Wziął
gorący prysznic, umożliwiając wodzie długo masować jego ciało. Przyjemnie było
czuć się czystym i oczyszczonym.
-
Woda to bardzo dobry wynalazek. – Pomyślał.
Wyspany
i odświeżony zszedł do restauracji hotelowej na śniadanie.
Usiadł
przy oknie pod ścianą i przodem do wejścia. Zawsze wybierał takie miejsce.
Oprócz
niego w sali siedziała para – kobieta i mężczyzna, obydwoje w wieku
młodzieńczym.
Po
krótkiej i pełnej zapału rozmowie zamilkli koncentrując się na zawartościach
talerzy – jakby życie z nich uleciało.
-
Dzień dobry. Czy już się pan zdecydował, na co ma pan ochotę? – Usłyszał głos
kelnerki.
-
Dzień dobry. Przyszedłem coś zjeść, ale widząc panią mógłbym zmienić decyzję. –
Powiedział bez zastanowienia.
-
U nas oprócz jadła i napitków nic więcej nie ma. – Odpowiedziała z uśmiechem na
lekko różowiącej się twarzy.
-
W takim razie pozostańmy przy jajecznicy. Poproszę z dwóch jajek na maśle.
-
Dobry wybór. Jajka mamy własne. To znaczy z naszego regionu. W zasadzie
wszystko będzie dobrym wyborem, bo wszystkie produkty są nasze – lokalne. –
Dopowiedziała, skłaniając nieco głowę na potwierdzenie prawdziwości jej słów.
-
Więc oprócz jajecznicy poproszę jeszcze żółty ser, twarożek, powidła, szynkę i
sałatkę z pomidora.
-
A do picia pan sobie życzy?
-
Czarną, mocną herbatę. Gorzką poproszę.
Cenił
czas, w którym wskazówki zegara nie miały znaczenia. Mógł wtedy swobodnie
przenikać umysłem otaczający świat. Patrzeć i cieszyć się. Bez pośpiechu
kontemplować chwilę.
Dzisiejszy
poranek należał do tych leniwych i przyjemnych. Z wolna jadł śniadanie robiąc
przerwy na pisanie sobie tylko znanej treści. Sporadycznie przyglądał się ludziom
za oknem. Mieszali się z mgłą. Wyglądali jak aktorzy z teatru cieni lub zjawy
szukające swojej ofiary.
-
Poproszę jeszcze jedną herbatę. Miała pani rację. Śniadanie było znakomite. –
Powiedział do przechodzącej kelnerki, powodując szczery uśmiech na jej twarzy.
-
Miło mi, że smakowało.
Miasteczko
zaczynało żyć własnym rytmem. Sklepikarze stojąc w drzwiach swoich sklepów
zachęcali do robienia zakupów. Stragany wypełnione warzywami i owocami, uwodziły
kolorami przechodniów.
Ulice
jaśniały w słońcu z każdą minutą.
Zadowolony
zaczynającym się dniem stał z rękoma w kieszeni. W zasadzie to nie planował
niczego. Postanowił nie ingerować w przyszłe wydarzenia, a już na pewno nie
przyspieszać ich zaistnienia.
Z
takim nastawieniem miał właśnie ruszyć wsysać w siebie klimat brukowanych zaułków,
kamieniczek mrugających zalotnie otwartymi oknami, gdy zaczepiła go cyganka.
Wiedział, że się spotkają, ale nie
przypuszczał, że pojawi się tak szybko.
-
Dobry pan. Pan da ciężarnej trochę drobnych na picie. – Powiedziała z grymasem
uwiarygodniającym
pragnienie.
-
Przecież nie jest pani w ciąży. Dlaczego pani kłamie?
-
Mówię prawdę! Jestem w ciąży i jestem spragniona.
-
Nawet nie wiesz kobieto, jak bardzo twoje pragnienie będzie znaczące. –
Pomyślał.
-
Nie dam pieniędzy, ale mogę pani kupić coś do picia. Co miałoby to być? – Powiedział
patrząc jej w oczy.
-
Wszystko jedno, co pan będzie uważał.
-
A na co ma pani ochotę? – Zapytał nie odrywając od niej wzroku.
Nie
spodziewała się takiego pytania, ale on wiedział, że w tej sekundzie zasiał w
niej ziarno przemiany. Bez niej nie mogłaby dobrowolnie spełnić jego prośby.
-
Colę poproszę. – Odpowiedziała po krótkim zastanowieniu się.
-
Dobrze, zaraz wracam.
-
Będę czekała.
-
Proszę. Miłego dnia życzę. – Powiedział, wręczając cygance colę.
-
Pan poczeka! Pan jest dobry. Ja panu powróżę. – I bez odpowiedzi, wyjęła talię
kart.
-
Pan wyciągnie jedną kartę.
-
Dziękuję. Dałem pani colę nie chcąc nic w zamian. Poza tym znam swoją
przyszłość.
-
Ale ja panu powróżę. Za darmo. Obiecuję. Pan wyciągnie jedną kartę.
-
Nie dotknę tych kart. Zaiste dziękuję.
-
To ja wyciągnę. Widzi pan?!
Zaczęła
mówić i z każdą kolejną kartą zdradzała to, co on znał – jego przyszłość.
Nie
wykazywał większego zainteresowania wróżbą, ale zaciekawiło go jedno zdanie: „I
proszę jej bardziej zaufać”.
Kiedy
skończyła, zadowolona z siebie poprosiła o jeden grosz.
-
Przecież miało być za darmo, więc dlaczego wyciągasz pieniądze z mojej
kieszeni?
-
Nie wyciągam! Tak trzeba! Taki jest zwyczaj! Pan da tylko grosz! Oddam go! –
Mówiła krótkimi zdaniami z narastającą paniką w głosie.
-
Musisz sobie sama poradzić. Nie zmuszałem cię do otwierania tych drzwi.
Podejmując ryzyko powinnaś liczyć się z konsekwencjami.
Patrzyła
na niego z coraz większym zdziwieniem. Czuła, że zaczyna zapadać się w strefę
po tamtej stronie drzwi.
-
Pan da tylko grosz! Oddam go! – Powtórzyła niemal błagając.
Pomyślał,
że wystarczy zadręczania nieświadomej manipulacji cyganki. Nie lubił takich
metod, ale był to najłagodniejszy sposób, by światło wypełniło każdą komórkę
jej umysłu.
Dostała
grosz i szybko zrobiła znak krzyża na ostatniej karcie jednocześnie mówiąc:
„Zamknięte i bezpieczne. Przez ogień, na wiatr, na wodę, na ziemię”.
-
Grosz jest pana. Proszę go schować i nigdy nie wydać.
-
Myśli pani, że ten grosz zapewni mi życie, które… – Nie dokończył zdania, gdyż
cyganka weszła mu w słowo, mówiąc zdecydowanym głosem. Głosem osoby pewnej
siebie i pewnej tego, co mówi.
-
Ufam, że tak będzie.
-
W takim razie i ja zaufam. Bo co byłaby warta nasza obecność tu i teraz bez
wiary? Prawda?
-
Bez wiary, w co? – Podejrzliwie zapytała cyganka, jednocześnie skrywając
uśmiech.
-
Chociażby bez wiary w uczciwość człowieka. Czy nasza rozmowa miałaby sens
gdybyśmy nie zaufali sobie? Pewnie w ogóle by jej nie było.
-
No właśnie. Wróćmy, zatem do powodów naszego spotkania i przypieczętujmy je w myśl obyczaju.
-
Oczywiście, pani obyczaju.
-
Każdy obyczaj jest dobry, jeżeli prowadzi do właściwego zakończenia.
-
A właściwe zakończenie to…?
-
Widzę, że ciekawość pana trawi.
-
Ma pani osobliwe poczucie humoru. Przypomnę, że to nie my mieliśmy powód tylko
pani miała powód.
-
Czy to takie istotne, kto miał powód? Ważne, że obyczaje wskazują właściwe
zakończenie. I żeby takie się stało, poproszę na chwilę banknot o dowolnym
nominale.
-
Chyba nie sądzisz kobieto, że jestem aż tak naiwny?
-
Pan jest dobry, więc dlaczego posądza mnie o nieuczciwość?
-
Przecież obydwoje wiemy jak to się skończy. – Powiedział, ale pomyślał, że
tylko on wie, jakie będzie zakończenie.
-
Wszystkich traktuje pan jak potencjalnych złodziei?
-
Wszystkim daję szansę. A priori zakładam, że są szlachetni. Gdyby tak nie było,
nie rozmawialibyśmy ze sobą.
-
W takim razie proszę mi zaufać i dać banknot. Mówiłam, że go oddam. Słowo!
-
Sama kobieto, nieświadomie prowadzisz swój los ku właściwemu zakończeniu. Za
chwilę poznasz różnicę między wyobrażeniem a dotknięciem. – Pomyślał.
Kiedy
dostała banknot, wykonała szybki ruch ręką, powiedziała niewyraźnie kilka słów
w cygańskim dialekcie i pokazała na koniec pustą dłoń.
-
Ładna sztuczka, ale teraz poproszę moje pieniądze. – Powiedział tonem osoby
nielubiącej sprzeciwu.
-
Pan jest dobry. Panu te pieniądze nie są potrzebne. Dla pana to tylko kawałek
papieru.
-
To nie jest istotne. Ważne, że dałaś słowo. Poręczyłaś nim swoją uczciwość.
Musisz wiedzieć, że zasady są ważniejsze niż obyczaje, dlatego poproszę moje
pieniądze.
-
Pan jest dobry. Pan zostawi te pieniądze. – Powiedziała bez wcześniejszego
uniesienia, za to z przeświadczeniem zmian wykształcających się w niej.
-
Tak, jestem dobry a pani jest nieuczciwa. Słowo nic dla pani nie znaczy? Jakie
świadectwo wystawia pani sobie i swojej rodzinie? Poproszę moje pieniądze!
Stała
naprzeciwko niego i nie rozumiała, dlaczego jeszcze nie rzuciła na niego uroku,
dlaczego nie zastraszyła go, dlaczego po prostu nie odwróciła się i nie
odeszła? Nie rozumiała, dlaczego między nią a nim wytworzyła się więź, jakiej
nigdy wcześniej nie doznała w relacji z obcym mężczyzną.
Kiedy
wyciągnęła w jego kierunku rękę z banknotem w dłoni, była nie mniej zdziwiona
niż ojciec jej przyjściem na świat.
-
I colę proszę oddać. – Usłyszała.
Z niemijającym osłupieniem oddała colę.
-
I wszystkie pieniądze, które masz, poproszę.
-
A to, za co? – Zapytała, odzyskując zdolność rozumowania.
-
Czyżbyś posądzała mnie o nieuczciwość? Zaufaj tak, jak ja zaufałem tobie.
-
Ale pan nie odda mi pieniędzy.
-
Nie wiem. Przekonasz się.
Zrobiła
coś, co było dla niej jak sen. Uczestniczyła w tak obcym do tej chwili dla
siebie zdarzeniu, że aż nieprawdziwym. Widząc znikający zwitek banknotów w jego
dłoni, pomyślała, że to tylko projekcja będącego w gorączce umysłu, że zaraz
otworzy oczy i koszmar się skończy. Tym większe było zdziwienie, kiedy
usłyszała: „Dziękuję”.
-
Widzisz? Nie trzeba wyłudzać. Wystarczy poprosić. Gdybyś mnie poprosiła,
dostałabyś – nawet więcej. Miej na uwadze, jeżeli chcesz by ci ufano nie czyń
niczego, co mogłoby to zaufanie podważyć. Raz utracone trudno odzyskać. –
Powiedział, cały czas patrząc jej w oczy.
-
Proszę. Oddaję ci twoje pieniądze. I wiesz? Mój banknot nie jest mi potrzebny –
weź go. I colę też. Przecież jesteś spragniona. – Dodał.
-
Pan jest dobry. Zobaczy pan, że moja wróżba spełni się.
-
Wiem. – Odpowiedział z radością w głosie.
-
Ja tego panu życzę ze szczerego serca.
Zbliżył
się do cyganki i przytulił ją do siebie. Jej ciało wyraziło namiętność, której
odrętwiały umysł nie mógł wyartykułować.
-
Wróć do swojego serca i gromadź okruchy dobra. – Usłyszała.
Spojrzała
na niego słonymi oczami jednocześnie opierając dłonie na jego torsie.
- Kim jesteś? – Zapytała.
- Jestem tym, czym jest wszystko dookoła mnie. Jestem całością... A może jestem zwykłym człowiekiem?
- Kim jesteś? – Zapytała.
- Jestem tym, czym jest wszystko dookoła mnie. Jestem całością... A może jestem zwykłym człowiekiem?
I
nim padło kolejne pytanie złożył na jej drżących ustach pocałunek. Cichy
pocałunek kochanka pachnącego wiatrem oceanu.
Na
jej twarzy malowały się wszystkie emocje całego świata, spod których delikatny
uśmiech witał nowy, inny dzień.
-
Co mogłabym dla ciebie zrobić?
-
Dziękuję, nie trzeba. Ciesz się życiem. To wystarczy.
-
Ale chciałabym coś dla ciebie zrobić – będzie to radość mojego życia.
-
Widzę, że nie odpuścisz. Zatem odnajdziesz kobietę i powiesz jej, że czekam na
nią.
-
Jak ją poznam?
-
Nie poznasz, ale będziesz wiedziała. A teraz pozwolisz, że się oddalę? Mam
jeszcze coś do załatwienia u starego piekarza.
-
W naszym miasteczku? U nas nie ma starego piekarza.
-
Jest. Ten, który mieszka nad apteką.
-
Nie wiedziałam, że był piekarzem. Zobaczymy się jeszcze?
-
Na pewno nie raz. Polubiłem to miejsce. – Powiedział i odwrócił się. Odchodząc
podniósł rękę w geście pożegnania.
Otworzył
okno, wpuszczając światło do małego pokoiku na poddaszu. Powiew świeżego
powietrza zawirował nad leżącym w łóżku mężczyzną.
-
Christopherze, słońce w zenicie a ty się jeszcze wylegujesz?
-
Wszelki duch…! Om?! Rozpromieniasz moje serce! Już wstaję. Chyba rozumiesz, że
wiek ma swoje prawa?
-
Sam zrezygnowałeś z nieśmiertelności, więc teraz nie narzekaj. – Powiedział Om
uśmiechając się.
-
Zawsze będziesz mi to wypominał? Wtedy sądziłem, że wystarczy być wiecznym, a
nie nieśmiertelnym. Ach… rewolucje młodych, zbuntowanych umysłów. Ale wiesz?
Dzięki temu mogłem poznać prawdę. Mogłem jej zasmakować.
Christopher
przymknął powieki i przez chwilę był nieobecny.
Odpłyną w sobie znaną rzeczywistość jednocześnie mrucząc coś pod nosem.
-
Christopherze... Christopherze!
-
Tak…?! Jestem! Jestem! Przepraszam cię. Przypomniałem sobie moment, w którym
poznawałem prawdę. Jedną z… – Powiedział i puścił oko.
-
Ach ty stary zbereźniku, mój przyjacielu. Jakże cię kocham… Brakuje mi twoich
oczu, twojego głosu.
-
I dlatego pozwalasz mi zachować cykl odradzania się? Czyżbyś działał z pobudek
egoistycznych?
-
Nie znęcaj się. Przecież wiesz, że tak nie jest. Poza tym nie mieszajmy uczuć z
ideą ocalenia.
-
Sugerujesz, że zbawienie jest pozbawione uczucia? Zaczynasz tworzyć jakieś nowe
reguły.
-
Sugeruję, że jesteś starym głupcem udającym ślepca.
-
Myślisz, że świat byłby lepszy gdybym wtedy pozostał z tobą? Przypomnij sobie,
dokąd to wszystko zmierzało? Apokalipsa była tuż za rogiem. Nawet my –
nieśmiertelni – byśmy nie przeżyli. Nie zostałby kamień na kamieniu. Czerwona
rzeka sparzyłaby każdą sferę i siódme niebo umarłoby jak wszystkie pozostałe.
-
Jak widzisz, twoja śmierć nie na wiele się zdała.
-
Moja śmierć dała ci więcej czasu na poszukiwanie ostatniego elementu i nadzieję
Światłu na niewygaśnięcie. Moja śmierć daje gwarancje zachowania genetycznej czystości
katalizatora.
-
Nie mów w ten sposób o Marii. Jest twoją wnuczką.
-
Za twoją zgodą jest też moją żoną, córką, kochanką. Nie rozumiem, dlaczego nie
użyjesz swojej mocy? Dotkniesz palcem i będzie się działo.
-
Pewne rzeczy muszą wykształcić się same, dobrowolnie. Tylko wtedy będą miały
prawdziwą moc.
A
propos, co u Marii? Widziałem ją wczoraj wieczorem. Wyrosła na piękną kobietę.
-
Domyśliłem się, że to byłeś ty, kiedy pokazała mi receptę. Po co ci kolejny Dżin?
-
Czasu jest coraz mniej, sam wszystkiego nie zrobię. Potrzebuję kogoś lojalnego,
komu będę mógł bezgranicznie ufać. Misja jest trudna i tylko Dżin może jej sprostać
bez zadawania zbędnych pytań. Pytania rodzą niepewność, a są chwile, w których niewiara
jest na wagę życia lub śmierci.
-
Nie sądzisz, że pytając rozwiewamy wątpliwości?
-
Kiedy wyciągamy miecz nie ma czasu na zadawanie pytań. A w ogóle, czego się
czepiasz?
-
Jakbyś mnie nie znał? Lubię się z tobą droczyć. Też cię kocham jeszcze starszy
głupcze.
Obydwaj
roześmiali się. Pewność, że są dla siebie kimś wyjątkowym pozwalała im
swobodnie i szczerze ujmować myśli w słowa.
-
Chodź, niech cię uścisnę na pożegnanie.
-
Zostań jeszcze, tak rzadko się widujemy.
-
Muszę iść dalej. Taka rola wędrującego – niezmiennie wędrować. Dlatego
pozwolisz, że teraz powędruję do twojej… wnuczki?
Otworzył
drzwi do apteki. Dziewczyna akurat wychodziła z zaplecza.
-
Witam! Właśnie zrealizowałam pana zamówienie.
-
Nic nie stoi na przeszkodzie.
-
Nie sądzisz, że jestem za stary na randki?
-
Nie widzę w panu starości. Wręcz odwrotnie.
-
A te posrebrzane skronie?
-
Dodają panu uroku.
-
Ciekawe, czy twój dziadek podzieliłby twoje zdanie? Jak masz na imię? Powiedz
proszę.
-
Maria Magdalena.
-
Ładne imię.
- To
po mamie. Nie znałam jej. Zmarła, kiedy się urodziłam. Dziadek mówił, że od
początku rodu każda następna córka dziedziczyła imię po swojej mamie.
Czasami
myślę, że to przeze mnie.
-
Co przez ciebie?
-
To, że mama zmarła. Była taka młoda.
-
Tak bywa. Nie poprawisz tego, więc nie myśl, że coś się kończy, tylko że się
zaczyna, bo wtedy jest tego początek. Poza tym nie bój się przekraczać granic.
-
Staram się tak robić. Dziadek mnie nauczył. Mówi, że w ten sposób daje mi
siebie, własne myśli, że uczy mnie kochać za nic.
-
Masz mądrego dziadka. No cóż, pójdę już. Dziękuję za miksturę i rozmowę. Było
mi miło poznać cię.
-
Mi również było miło pana poznać. Proszę mnie jeszcze odwiedzić jeżeli będzie
pan przypadkiem w okolicy.
-
Jeżeli będę w okolicy to nie będzie to przypadek. Na pewno cię wtedy odwiedzę.
Wychodząc
dodał jeszcze: „Kiedyś spotkasz cygankę… Posłuchaj jej.”
-
Kocham cię za nic stary głupcze. – Pomyślał oddalając się od apteki.
-
Ja ciebie też kocham za nic jeszcze starszy głupcze. – Usłyszał.
Om
podniósł rękę do góry. Nie musiał się odwracać. Wiedział, że stojący w oknie
Christopher zrobił to samo.






myślę, że najwyższy czas zacząć zaistnieć z pewnymi rzeczami w szerszym kręgu: tutaj taki przedsmak walki o zaistnienie ;) http://www.fantastyka.pl/3.html można czytać, uczyć się, być gnębionym a może nawet zaistnieć :D
OdpowiedzUsuń