Święta Wielkiej Nocy zawsze kojarzyły mu się z wiosną; zielona trawa, słońce
ogrzewające ciało wytęsknione jego promieni, biegające w krótkich spodenkach roześmiane
dzieci, zapach budzącego się z zimowego snu lasu.
Wiosną i jesienią pachniał tak samo.
- Początek i koniec, narodziny i śmierć mają ten sam zapach – pomyślał.
Niekończące się misterium życia.
Dojeżdżał do miasteczka leżącego w dolinie. Gruba warstwa płatków
śniegu, przytulonych do siebie, nie przypominała wiosny, dlatego jeszcze raz
przeliczał w pamięci czy zabrał wszystko.
„Narty, buty, gogle, bielizna”.
Kasku nie miał. Nie lubił nosić na głowie czegokolwiek, niezależnie od
sytuacji. Śmiał się, że dzięki gołej głowie ma lepszy kontakt ze wszechświatem.
Nad miastem dominowała góra, monumentalnie wyniesiona ku niebu,
chowająca wierzchołek w chmurach. Postanowił nie jechać do hotelu, tylko od
razu pod wyciąg, a tam, gondolą, wyżej, na szczyt.
