-
Masz mądrą córkę. – Powiedział nieznajomy, na wszelki wypadek cichym głosem tak
żeby tylko ona słyszała.
Kobieta
odwróciła się w jego stronę. Zaskoczona, czując coraz większy niepokój
zapytała:
-
Skąd wiesz, że mam mądrą córkę?
-
Słyszałem waszą rozmowę.
Spojrzała
na sylwetkę oddalającej się córki i chciała krzyknąć, zawołać ją. Wydało jej
się irracjonalne, ale szukała w córce ratunku.
Ich
troje – nie licząc psa, kota i kruka – dziwnym zrządzeniem losu było
jedynymi, żywymi istotami na placu. Może, dlatego że słońce stało w zenicie i przed
piekącym jego światłem wszyscy pochowali się we wnętrzach małych pokoików,
małych domów.
Jej kot
wcale nie był czarny. Czarne miał tylko oczy. Chodził wszędzie za nią jak pies,
jak anioł stróż.
Obdarzony
przez nią uczuciem, którego mógłby pozazdrościć nie jeden kochanek nie jednej
kobiety.
Żyli
w rytmie myśli jednoczesnych.
Czy
byli sobie potrzebni? Nigdy w ten sposób nie odnosili się do przyczyn trwania
ich związku.
Daimon
był białym kotem z czarnymi oczami.
Najbardziej
lubił siadać na jej ramieniu. Nie, nie… Nie jak małpka kapucynka robiąca figle
za monetę wrzuconą do kapelusza.
Nie oznacza
to, że był beznamiętnym smutasem. Wręcz przeciwnie. Psotnik był, jakich mało. Rozweselał
ją bezwstydnymi historyjkami, innym razem przekomarzał się udając kłótliwego.
Mimo,
że byli nierozłączni nie mieli poczucia dożywotniego wyroku.
Sumi
radośnie przyjmowała podszepty Daimona. Najbardziej, kiedy pisała, a pisała
dużo.
Dziwne
były ich rozmowy – bez słów. Świadomość i symbole tworzyły zdania.
Po całym dniu – jak to
określał Daimon – ciężkiej pracy kładli się do łóżka i wtuleni w siebie śnili
to, co sprawiało im największą przyjemność. Każde o drugim i każde to samo. I tylko
nie było wiadomo czy był to sen Daimona czy Sumi.
"I am: yet what I am none cares or knows,
My friends forsake me like a memory lost;
I am the self-consumer of my woes,
They rise and vanish in oblivious host,
Like shades in love and death's oblivion lost;
And yet I am! and live with shadows tost
Into the nothingness of scorn and noise,
Into the living sea of waking dreams,
Where there is neither sense of life nor joys,
But the vast shipwreck of my life's esteems;
And e'en the dearest--that I loved the best--
Are strange--nay, rather stranger than the rest.
I long for scenes where man has never trod;
A place where woman never smil'd or wept;
There to abide with my creator, God,
And sleep as I in childhood sweetly slept:
Untroubling and untroubled where I lie;
The grass below--above the vaulted sky".
„I died from minerality and
became vegetable; And from vegetativeness I died and became animal. I died from animality and became man. Then why fear disappearance through death? Next time I shall die Bringing forth wings and feathers like angels; After that, soaring higher than angels - What you cannot imagine, I shall be that”.
Zjeżdżali ze wzgórza krętą aleją. Światła reflektorów wciskały się w ciemność między drzewami, a błyski niebieskiego flesza przywoływały wszystkich na świadków tego zdarzenia.
- Syrenę mógłbyś wyłączyć. Aż tak nam się nie śpieszy.
- Przecież wiesz, jakie są procedury. A poza tym nie podnieca cię to?
- Nie przesadzaj z procedurami. I wiesz... Nie zostałem lekarzem żeby się podniecać.
- Tylko po co?
- Żeby pomagać, ratować.
- Temu w plastikowym worku już nie pomożesz. - Skinął głową na tył ambulansu.
- Jesteś pewien?
- Jest zimny, sztywny, i goły. Jak chcesz mu pomóc?
- Nie bądź cyniczny.
Przez chwilę jechali w milczeniu. Śpiące miasto nie wykazywało zainteresowania niczym z wyjątkiem własnego snu.
- Jak sądzisz, miał jakąś rodzinę, przyjaciół?
- Nie wiem. Każdy ma jakąś rodzinę, a z przyjaciółmi różnie bywa, o czym wiesz lepiej ode mnie.
- Pewnie był sam. Inaczej by nie zginął.
- Być może. Ale to już wyjaśni śledztwo.
Podjechali pod parterowy budynek. Jedynie tabliczka z napisem: "Instytut Patologii" wyróżniała go z pośród innych, sąsiadujących z nim.
Szli długim tunelem pchając przed sobą wózek z anonimową zawartością czarnego worka.
Niektóre jarzeniówki to zapalały się, to gasły. Od ścian odbijało się echo skrzypiących kółek.
- Witamy pana doktora. - Powiedzieli chórem będąc już w sali prosektorium.
- Jak zdrowie? - Dodali i spojrzeli ze zdziwieniem po sobie.
- A wy, co? Bracia syjamscy? - Zapytał doktor. Chciał zadać kolejne pytanie, ale wywnioskował z ich min, że nie powinien drążyć tematu.
- Witam panowie! Uprzedzono mnie o waszej wizycie.
Żeby nie przedłużać niezręcznej sytuacji dodał:
- No dobrze, bierzmy się do roboty. Kogo tym razem przywieźliście?
- Nie wiadomo. Nie miał przy sobie dokumentów. Niczego nie miał przy sobie. Znalazły go dzieciaki biegające na wzgórzu w parku.
- Jakiś biedak z ranami kłutymi nadgarstków, stóp i klatki piersiowej. - Dodał drugi.
Patolog słuchając oceniał ciało.
- Tak! Wstępnie mogę potwierdzić rany.
Dopiero, kiedy to powiedział przyjrzał się twarzy nieboszczyka.
- Ale, ale! Znam go. W takiej sytuacji musicie przetransportować go na inny poziom. Tam zajmą się nim. - Powiedział z ulgą doktor.
- Wypisze wam właściwą tabliczkę.
W jednej chwili czarne mieszkanie miało nowego lokatora.
- Proszę!
- Co?! Na ten poziom zjedziemy przed świtem. I tak pracujemy już po godzinach!
- No cóż panowie. Takie obowiązki. Dobrej nocy. - Nie czekając na odpowiedź odwrócił się i wyszedł.
Kierowca wyjął z rąk lekarza tabliczkę.
- Gdzieś słyszałem to nazwisko. Hm...
Nie tracąc czasu włożył tabliczkę w czytnik windy.
Na ekranie widoczne były z trzech tylko dwie ostatnie cyfry: "POZIOM ...66".
Kilka dni temu moja przyjaciółka otworzyła słownik i przeczytała jeden wyraz: "Poziom".
Ja otworzyłem swój słownik i znalazłem słowo: "Prowadzony".
Każde z nas napisało kilka zdań związanych z wyrazem znalezionym przez drugą osobę.