Otulił mnie mocno, wlewając pod powieki obraz wielobarwny.
- Długo cię Morfeuszu nie było – pomyślałem i nie zdążyłem dokończyć.
Ogarniająca na wskroś mój umysł imaginacja, powiodła mnie ścieżką za
miasto, nad rzekę leniwie płynącą.
Dzień był pogodny.
Zatopiłem swobodnie nagość własną w czystym nurcie rzeki.
Ona już tam była, czekała.
- Jesteś – powiedziała czerwonymi ustami.
- Jestem – odpowiedziałem.
- Obiecałeś, że nauczysz mnie pływać – uśmiechnęła się bałamutnie.
- Obiecałem.
- Dotrzymasz obietnicy?
- Przecież wiesz, że zawsze dotrzymuję obietnic.
Parą niebieskich świderków zakotwiczyła się w moich oczach.
- Będziesz musiała mi zaufać – powiedziałem, nie odrywając od niej
wzroku.
- Przecież wiesz, że zawsze ci ufam.
Podeszła bliżej; tak, że jej nagość dotknęła mojej nagości.
- Jaki mamy dzisiaj dzień? – Zapytała.
- Poniedziałek – pierwszy dzień nauki pływania.
- Czyli będą, drugi i następne?
- Po pierwszym zawsze są następne.
- W takim razie dajmy szansę następnym dniom – powiedziała i poszła w
stronę brzegu. Chodź, nie stój tak – dodała.
- Nie mogę się ruszyć, coś mnie trzyma.
- Co może cię trzymać? Nie wygłupiaj się.
- Może woda? Podaj mi rękę; proszę – powiedziałem i poczułem jak opór
maleje.
Patrzyła na mnie i na wodę, którą zostawiłem za sobą.
Ja spojrzałem przed siebie i… krótkimi słowami krzyknąłem: „Spójrz!
Szybko! Zobacz! Zobacz!”
Na tle lazuru nieba, jakby z kłębiących się chmur stworzona,
majestatyczna, kolorowa postać z głęboko osadzonymi, karmazynowymi oczami,
patrzyła na mnie jednocześnie złoto-gorejącą ręką wymachując na wszystko
dookoła.
Z każdą sekundą postaci było mniej, aż do całkowitego jej zniknięcia.
- Widziałaś!? – Zapytałem, nie ukrywając zafascynowania tą
surrealistyczną chwilą.
- Co miałam widzieć? W wodzie nic nie było.
Ubrawszy się, wróciliśmy do miasteczka, zostawiając ślady na
brukowanych uliczkach jego.
Otworzyłem oczy.
- Morfeuszu…
- Tak…?
