Światło
oddalało się wąską, opustoszałą uliczką aż do jego całkowitego zniknięcia za
narożnikiem uśpionej kamienicy.
Patrzył
przez chwilę w tamtym kierunku stojąc nieruchomo. Odwrócił się w końcu, nałożył
czarny kaptur na swoją posrebrzaną głowę i ciągle oszołomiony przeszłością
ruszył przed siebie z każdym krokiem tworząc przyszłość nowej teraźniejszości.
Smagany
wiatrem i deszczem tracił orientację, stopy grzęzły w rozstępującym się bruku.
Już nie szedł tylko powłóczył nogami z wysiłkiem odbierającym dech w piersiach.
Coś usiłowało go powstrzymać. Kątem oka dostrzegł cień podążający jego śladem.
Odżyło
w nim wspomnienie pierwszej wędrówki na Wzgórze Moria.
Wspinał
się pokonując osuwający się piach, zmęczenie, niekończącą się tułaczkę i
niepewność. Kiedy przekroczył linię cienia i wszedł na wierzchołek jego oczom
ukazała się niczym gorejąca w płomieniach przestrzeń zalana złotem zachodzącego
słońca.
Wyczerpany
usiadł i stał się jednym ciałem z gwiazdami, Ziemią, istnieniami ludzkimi,
wszechświatem. Obdarowany pełnią prawdy pijąc ze źródła życia – jest.
Teraz
nie czuł strachu. Był silny i wystarczyłoby pomyśleć a wszystko zmieniłoby się
jak wtedy na Wzgórzu Moria, ale nie mógł zdradzić swojej obecności.
Rozmyślając
o początkach rozpoznał znajome kształty. Brama, kręte schody. Jeszcze tylko
kilka stopni. Klucz w drzwiach.
-
Dlaczego…? – Pomyślał i nie dokończył zasypiając.
Otworzył
oczy. Pokój jeszcze był spowity półmrokiem.
-
Zaczyna świtać. – Wyszeptał przeciągając się budząc rozleniwione ciało.
Spojrzał
na zegarek. Była piętnasta.
- Hm…? Więc to już jest ciemno a nie jeszcze. –
Powiedział tym razem głośniej żeby nie miał żadnych wątpliwości, jaka jest pora
dnia.
08.01.2012r.