Przyjaciółka
namawia mnie do napisania ciągu dalszego opowiadania, którego początek
popełniłem jakiś czas temu. Może publikacja jego doprowadzi autora do strony z napisem: "Koniec"?
No
cóż! Być może będzie to mały krok dla ludzkości, ale duży krok dla mnie ;)
Tytuł
roboczy: „Chylenie się w stronę nieufności”
Nie
było mu łatwo określić gdzie jest.
Za
każdym razem, kiedy decydował się na „skok” jego ciało drżało. Unikał wtedy
luster, bo wiedział, że kiedy patrzył na siebie widział strach.
Słyszał,
że dawno temu, kiedy dominującym gatunkiem był człowiek – człowiek właśnie
gotów był poświęcić życie za wolność. To wtedy wolność – a zwłaszcza jej brak –
determinowała wolę walki, wolę poświęcenia siebie.
Wielokrotnie
odnajdywał stare fragmenty papierów (ludzie mówili na nie: „gazeta”), w których
czytał o tych, którzy umierali, bo chcieli być wolnymi ludźmi.
Znalazł
się w miejscu określonym przez miejscowych, jako „rynek”.
Zazwyczaj
gwarny i pełen ludzi, teraz opustoszały i złowieszczy. Może, dlatego, że jak
zwykle skacząc, wybierał wczesną porę.
Wrażenia
dopełniała mgła. Otulała cały, niewielki, z czterech stron zabudowany domami z
kamienia rynek.
Mimo
niepewności, co go czeka po skoku – właśnie dla tych emocji, tego widoku, a
zwłaszcza dla NIEJ – wracał.
To
dzięki NIEJ, a raczej dla NIEJ poznał smak, poznał pragnienie.
Nauczył
się czuć i kochać.
U
siebie był odmieńcem.
-
Nieprzystosowany. Tak brzmiała opinia biegłych.
On
wolał o sobie mówić: „niszowiec”.
Nikt
nie zwracał na niego uwagi. Dla większości przypadłość, dla nielicznych dar,
pozwolił mu wracać, wędrować, doświadczać tego, czego nigdy nie mógłby poznać u
siebie.
Słyszał
o ludziach, którzy tak jak on mieli dar, ale nigdy ich nie spotkał.
- Szkoda. - Myślał sobie.
- Szkoda. - Myślał sobie.
To
ONA nauczyła go pić płyn zwany – Whisky. Najbardziej smakowała mu „Jack Daniel’s”.
Na każdy skok zabierał ze sobą małą butelkę „Jacka Danielsa”.
Teraz,
kiedy tak stał na środku rynku i kiedy strach już go opuścił, wyją whisky z
kieszeni, rozejrzał się dookoła i upewniwszy się, że jest sam – wypił.
Najpierw
jeden mały łyk żeby oswoić organizm do ciągle nowego płynu. Następny był już
większy i sprawiał mu nieopisaną radość.
Mógł
– jeszcze trochę nieśmiało – ruszyć przed siebie zachłannie obserwując
otoczenie.
Chciał
jak najszybciej być z nią.
Zrobił
kilka kroków i nagle usłyszał.
-
Hej! Ty!
Zamarł
na chwilę, bo nie wiedział, czy to właśnie teraz nie będzie musiał przyznać
się,
że nie jest człowiekiem?
Niepisaną
zasadą „skoków” była anonimowość. Dawała poczucie bezpieczeństwa i niestety
jednocześnie powodowała pewien dyskomfort psychiczny.
Konieczność
zachowań kłóciła się w takich razach z jego zasadami - z tym, kim był. A
należał do istot ufnych, szczerych i uczciwych.
Dawno
temu, kiedy odkrył w sobie dar „skakania” i kiedy świadomość miał już na tyle
ukształtowaną, że wiedział, iż nadrzędną zasadą w relacjach między istotami
jest uczciwość, pamięta jak podczas „skoku” na Tezaurusa – planetę z galaktyki
na krańcach kosmosu – opowiedział tubylcom, kim jest.
Był
szczęśliwy (w „ludzkim” rozumieniu), że znalazł się wśród nich, że będzie mógł
poznać ich zwyczaje – oni jego, że pozwoli to poszerzyć krąg istot pozytywnie
odmiennych.
Oni
najwyraźniej byli zainteresowani tylko tym jak mogą go wykorzystać dla własnych
celów.
Musiał
szybko wracać.
Każdy
„skok” uczył go czegoś nowego. Poznawał nowe istoty, nowe zwyczaje.
To,
co robił dawało mu radość.
Lubił
wracać na Ziemię. Lubił ludzi, którzy mimo swojej prostoty komunikowania się ze
sobą, mimo prymitywnej formy bycia – dawali mu poczucie spokoju i „lekkości”.
Życie
"ziemskie" radowało go i wcale nie żałował, że - co prawda
przypadkiem, ale wiedziony intuicją - trafił tu.
ONA żartowała, że jest to kobieca intuicja, bo tylko taka może nami pokierować w sposób właściwy.
Często wracał do miejsc, które już znał. Do miejsc, które poznał sam i do miejsc, które poznał z NIĄ.
ONA żartowała, że jest to kobieca intuicja, bo tylko taka może nami pokierować w sposób właściwy.
Często wracał do miejsc, które już znał. Do miejsc, które poznał sam i do miejsc, które poznał z NIĄ.
O
ile obecność w tych pierwszych była miła, to obecność w tych drugich
powodowała, że uczucia, o których nie miał wcześniej pojęcia wiodły go
ścieżkami miłości.
Wszystko,
czego doświadczał na Ziemi było tylko pretekstem żeby wracać, bo kiedy poznał
JĄ wracał dla niej, mimo że nigdy tak nie postępował.
Wiedział,
że po pierwszym odejściu powinien o niej zapomnieć.
Już
wtedy obnażyła swój charakter.
Kreując
udawany świat tworzyła nieodgadnioną grę pozorów.
Ta gra pozwalała w jej świecie być kimś wyjątkowym, kimś ważnym.
Gotowa była poświęcić wiele i wielu tylko po to, by móc myśleć o swojej wyjątkowości i by wszyscy, tą jej wyjątkowość dostrzegli.
W jego świecie nikt do takiego zachowania nie musiał się uciekać.
W jego świecie wszyscy byli wyjątkowi. Każdy – inny i oryginalny.
W jego świecie nikt nie musiał udawać cokolwiek i kogokolwiek.
Ta gra pozwalała w jej świecie być kimś wyjątkowym, kimś ważnym.
Gotowa była poświęcić wiele i wielu tylko po to, by móc myśleć o swojej wyjątkowości i by wszyscy, tą jej wyjątkowość dostrzegli.
W jego świecie nikt do takiego zachowania nie musiał się uciekać.
W jego świecie wszyscy byli wyjątkowi. Każdy – inny i oryginalny.
W jego świecie nikt nie musiał udawać cokolwiek i kogokolwiek.
Może
to magia miejsca, jej magia, może magia nieopisanego tego, co „wkradło” się w
jego „świat uczuć”, co zawładnęło jego „duszą”, może to wszystko powodowało
otępieńczą chęć pozostania z nią?
Uczucia
hamują rozsądek. – Pomyślał.
-
Hej! Ty! – Usłyszał ponownie.
Tym
razem odwrócił się. Naprzeciw niego stał człowiek postury raczej mizernej.
Twarz
tego człowieka świadczyła, że życie nie oszczędzało go, że wszystko, czego
doświadczył od innych – może od bliskich mu osób, może też od tej, której
„oddał swoją duszę” – jest „zapisane” w nim i emanuje całą jego osobą, mimo że
usiłuje zachować pozory tak zwanego normalnego człowieka.
-
Masz fajkę? – Padło pytanie.
-
Czy myśli pan o papierosie? Nie, nie mam. – Odpowiedział.
- A
to przepraszam pana bardzo. Szacuneczek. - Usłyszał i człowiek postury raczej
mizernej oddalił się.
-
Uff! – Odetchną i szybkim krokiem skierował się w stronę tego miejsca, do
którego poszedł z NIĄ pierwszy raz. Było to nie tak dawno temu, ale ONA mówi,
że zdążyła się zestarzeć.
Czas dla nich obojga znaczył, co innego.
Kiedy ją poznał, siedziała na ławce pod murem na tym rynku, na którym dzisiaj znalazł się świadomie i celowo licząc, że tak jak wtedy może dzisiaj spotka JĄ – inną JĄ? Taką, od której nie będzie musiał już odchodzić.
Czas dla nich obojga znaczył, co innego.
Kiedy ją poznał, siedziała na ławce pod murem na tym rynku, na którym dzisiaj znalazł się świadomie i celowo licząc, że tak jak wtedy może dzisiaj spotka JĄ – inną JĄ? Taką, od której nie będzie musiał już odchodzić.
Pierwszy
„skok” miejscowego czasu był wiosną 2006 roku.
Zobaczywszy
ją postanowił do niej podejść.
Wyglądała
na zmęczoną, jakby noc przespała na tej ławce, na której teraz siedzi.
Miała
w sobie coś, co wzbudziło jego ciekawość i chęć bycia z nią.
-
Mogę usiąść? – Zapytał.
-
Proszę, jeżeli masz ochotę? – Odpowiedziała nie patrząc na niego.
Dopiero,
kiedy usiadł odwróciła głowę w jego stronę.
Oczy
miała czerwone, pozbawione blasku, ale gdzieś na ich dnie widać było maleńką
„iskierkę” - może nadziei, że życie jest coś warte i należy walczyć o to,
co
jest dla nas ważne.
-
Nie wiesz, kiedy otworzą jakąś knajpę? – Zapytała drżącym głosem.
Po
pierwsze nie wiedział, co to jest „knajpa”, a tym bardziej, co znaczy „ją
otworzyć”.
Na
wszelki wypadek powiedział:
-
Pewnie już niedługo.
-
Zaprosisz mnie na kawę i …
Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zaczęła
płakać i opuściła głowę wstydząc się łez.
-
Masz chusteczkę, moje skończyły się już dawno? – Zapytała po chwili.
Nie
zdążył odpowiedzieć, bo – jak się okazało – otworzyli właśnie jakąś knajpę.
Ona
wstała szybko i zapytała jeszcze raz z nadzieją w głosie.
-
Zaprosisz?
-
Tak. – Odpowiedział.
Chwyciła
go za rękę - jakby bała się, że zmieni zdanie – i poszli w stronę knajpy.
Weszli
do środka.
Wnętrze
było niewielkie zastawione starymi stołami i jeszcze starszymi krzesłami. Na
ścianach jakieś dziwne instrumenty i papiery – fotografie, wycinki gazet. Przez
małe okna, w których wisiały jeszcze mniejsze firaneczki wdzierało się niewiele
światła. Wszystko to tworzyło atmosferę wyciszenia.
Wybrała
stolik przy oknie. Usiedli.
Po
chwili doszedł do nich młody mężczyzna i zapytał.
- Co
podać?
-
Cafe latte i czekoladowe ciasteczka poproszę. – Odpowiedziała szybko i bez
namysłu. Po raz pierwszy uśmiechnęła się lekko.
- A
dla pana?
- Ja
dziękuję.
-
Zatem Cafe latte i czekoladowe ciasteczka dla pani. – Powtórzył młody mężczyzna
i odszedł.
Siedzieli
nic nie mówiąc.
Ona
patrzyła przez okno, gdzieś daleko, jakby chciała coś lub kogoś zobaczyć, jakby
chciała odnaleźć to, po co tu przyjechała.
Od
czasu do czasu wzdrygała się.
Myślami
była daleko, była nieobecna.
Po
chwili nabrała głęboko powietrza i wyszeptała.
-
Dziękuję.
Zrobiła
to tak cicho, że w pierwszej chwili nie zareagował.
-
Słucham? – Zapytał.
-
Dziękuję. – Powtórzyła tym razem trochę głośniej odwracając jednocześnie głowę
w jego stronę.
-
Dziękuję, że mnie zaprosiłeś. – Jej głos ciągle drżał.
- Co
tu robisz? Sama o tej porze? – Zapytał.
-
Zabłądziłam, uciekłam, szukam…
Nie
mówiła pełnymi zdaniami, tylko pojedynczymi słowami, pomiędzy którymi nabierała
głęboko powietrza.
Dalej
już nic nie mogła powiedzieć. Jej oczy robiły się coraz bardziej deszczowe i
gdyby nie to, że młody mężczyzna przyniósł cafe latte i czekoladowe ciasteczka
pewnie rozpłakałaby się na dobre.
-
Kiepsko wyglądasz. – Powiedział młody mężczyzna z troską w głosie.
-
Nie mam gdzie spać, wszystko pozajmowane. – Odpowiedziała zrezygnowana.
-
Mam wolny pokój na górze. Możesz zostać tak długo ile chcesz. Jeżeli tylko masz
ochotę? – Zaproponował młody mężczyzna.
-
Naprawdę? To cudownie. Mogę od zaraz?
Kiedy
obudziła się zobaczyła GO siedzącego w fotelu naprzeciwko. Twarz miał spokojną
– robił wrażenie pewnego siebie i własnych wartości.
Pomyślała,
że jest facetem z tak zwanymi kościami, z zasadami, których zawsze będzie
bronił.
Lubiła
takich mężczyzn.
-
Długo tu jesteś? – Zapytała.
-
Cały czas. – Odpowiedział i uśmiechną się do niej.
Przeciągnęła
się i powiedziała.
-
Napiłabym się kawy. Nie masz ochoty też?
-
Proszę. – Powiedział i podał jej filiżankę gorącej cafe latte.
Była
mile zaskoczona i jednocześnie zastanawiała się, jakim cudem wiedział, że
właśnie teraz…
Później
podczas trwania ich związku wielokrotnie zaskakiwał ją swoim zachowaniem
wyprzedzając jej prośby, jej oczekiwania.
Za
oknem już pociemniało. Przespała cały dzień. Potrzebowała tego bardzo.
2009r.
Bardzo dobre, lepsze niż wszystko co ja napisałam! Gratulacje.
OdpowiedzUsuńDziękuję, ale niepotrzebnie jesteś taka skromna. Potraktuję to jako kolejny powód do napisania ciągu dalszego ;)
OdpowiedzUsuń