Kiedy
przyszedł na świat, powietrze jak zawsze nie było sterylne. Zanim złapał jego
pierwszy haust, usłyszał: „Będzie żył”. Później usłyszał własny, wiodący dźwięk
przekroczenia samego siebie. Dźwięk współczucia i wyrzeczenia. Dźwięk, który
towarzyszył mu przez cały, kolejny etap uczenia ludzi pozbycia się własnego
cierpienia. Cierpienia wynikającego z niekończących się i niezaspokojonych
potrzeb.
Ten
dźwięk, jego własny dźwięk był testem tolerancji wszystkich, którzy zajmowali
przestrzeń wokół kapsuły przejścia. Ludzie mówili o niej: „Mama”.
Chciał
krzyknąć: „I'm alive!” Ale ugryzł się w język. Jeszcze za wcześnie
na takie wybryki. – Pomyślał.
Wiedział,
że i tak będzie odmieńcem, więc nie ma sensu pierwszego – kolejnego – dnia sobą
szokować otaczających.
Należał
do nielicznych, którzy lubili niekończący się cykl przejść. Zwłaszcza wstępny
okres po wyjściu z kapsuły. Jego pierwotne cechy nabierały wtedy energii. Wzmacniały
teraźniejszość przeszłością.
Radował
się czasem poznawania starego. Dzięki temu podsycał swoją wrażliwość. Widział
więcej i więcej. Pozazmysłowe postrzeganie było dla niego tym, czym gwiazdy
dla prawdziwego żeglarza. Mógł zręcznie nawigować, idąc ścieżką, którą niewielu decydowało się podążać.
Nie udawał,
że tak wolał. Cenił intymność. Zawsze chodził własnymi ścieżkami.
Ci,
którzy go podpatrywali żeby nauczyć się własnej drogi, doceniali jego
niezależność, ale z zawstydzeniem unikali jego spojrzenia. Bali się
konsekwencji.
W takich
razach wyciągał z kieszeni, mały flet. Zrobił go jeszcze w czasach przed
pierwszym przejściem. Długo szukał właściwego drewna. Korzeń Rhizophora Mangle perfekcyjnie i
wyrafinowanie wydobywał brzmienie jego duszy.
Od dnia
pierwszych samodzielnych kroków, przyzwyczajał „Mamę” do suwerenności jego
poczynań. Dzięki temu mógł z każdym dniem znikać na coraz dłużej nie
wzbudzając jej niepokoju (był to nigdzie niezapisany warunek kontinuum).
Potrzebował
swobody, by po każdym, kolejnym przejściu odnaleźć flet. Chował go zawsze w tym
samym miejscu – w skalnym wyżłobieniu na wzgórzu pośród drzew.
Nigdy
nie wyjawił, dlaczego godził się na przejścia.
To
zapach powietrza, wody, liści rozkładających się w pobliskim lesie, obraz
podobny do tych gdzieś tam, ale nigdzie taki, powodowały chęć powrotu. Zawsze jesienią.
Moment,
w którym siadał na wzgórzu i widział, słyszał, czuł to miejsce całym sobą był
jedynym prawdziwym, dającym siłę.
Wtedy
tony fletu niesione wiatrem przenikały sferę pomagając innym zawładnąć nad
własną wolą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz