czwartek, 4 października 2012

Zapach Powietrza

Kiedy przyszedł na świat, powietrze jak zawsze nie było sterylne. Zanim złapał jego pierwszy haust, usłyszał: „Będzie żył”. Później usłyszał własny, wiodący dźwięk przekroczenia samego siebie. Dźwięk współczucia i wyrzeczenia. Dźwięk, który towarzyszył mu przez cały, kolejny etap uczenia ludzi pozbycia się własnego cierpienia. Cierpienia wynikającego z niekończących się i niezaspokojonych potrzeb.

Ten dźwięk, jego własny dźwięk był testem tolerancji wszystkich, którzy zajmowali przestrzeń wokół kapsuły przejścia. Ludzie mówili o niej: „Mama”.

Chciał krzyknąć: „I'm alive!” Ale ugryzł się w język. Jeszcze za wcześnie na takie wybryki. – Pomyślał.
Wiedział, że i tak będzie odmieńcem, więc nie ma sensu pierwszego – kolejnego – dnia sobą szokować otaczających.

Należał do nielicznych, którzy lubili niekończący się cykl przejść. Zwłaszcza wstępny okres po wyjściu z kapsuły. Jego pierwotne cechy nabierały wtedy energii. Wzmacniały teraźniejszość przeszłością.
Radował się czasem poznawania starego. Dzięki temu podsycał swoją wrażliwość. Widział więcej i więcej. Pozazmysłowe postrzeganie było dla niego tym, czym gwiazdy dla prawdziwego żeglarza. Mógł zręcznie nawigować, idąc ścieżką, którą niewielu decydowało się podążać.
Nie udawał, że tak wolał. Cenił intymność. Zawsze chodził własnymi ścieżkami.
Ci, którzy go podpatrywali żeby nauczyć się własnej drogi, doceniali jego niezależność, ale z zawstydzeniem unikali jego spojrzenia. Bali się konsekwencji.
W takich razach wyciągał z kieszeni, mały flet. Zrobił go jeszcze w czasach przed pierwszym przejściem. Długo szukał właściwego drewna. Korzeń Rhizophora Mangle perfekcyjnie i wyrafinowanie wydobywał brzmienie jego duszy.

Od dnia pierwszych samodzielnych kroków, przyzwyczajał „Mamę” do suwerenności jego poczynań. Dzięki temu mógł z każdym dniem znikać na coraz dłużej nie wzbudzając jej niepokoju (był to nigdzie niezapisany warunek kontinuum).
Potrzebował swobody, by po każdym, kolejnym przejściu odnaleźć flet. Chował go zawsze w tym samym miejscu – w skalnym wyżłobieniu na wzgórzu pośród drzew.

Nigdy nie wyjawił, dlaczego godził się na przejścia.

To zapach powietrza, wody, liści rozkładających się w pobliskim lesie, obraz podobny do tych gdzieś tam, ale nigdzie taki, powodowały chęć powrotu. Zawsze jesienią.
Moment, w którym siadał na wzgórzu i widział, słyszał, czuł to miejsce całym sobą był jedynym prawdziwym, dającym siłę.
Wtedy tony fletu niesione wiatrem przenikały sferę pomagając innym zawładnąć nad własną wolą.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz