piątek, 7 września 2012

Libido


Siedział na ławce już jakiś czas.
Wybierał zawsze tą na końcu peronu by mieć pewność, że nikt nie zakłóci jego czasu. Ławka skrywała się w cieniu jedynego drzewa w okolicy, co było dodatkowym argumentem żeby wybrać właśnie ją. Lubił tu przychodzić.
Mała stacyjka kolejowa wybudowana nie wiedzieć, dlaczego tutaj i dla kogo?
Wokół pola rozciągające się po sam horyzont i jedynie droga – kręta, jakby nie mogła być prosta – przypominała, że nie jest to miejsce całkiem zapomniane.
Zdarzało się, że drogą tą przychodzili ludzie zostawiając za sobą małe obłoczki kurzu. Stawali na peronie i czekali. Kiedy pociąg przyjeżdżał wchodzili bez zbędnego zamieszania do wagonów i siadając najczęściej przy oknie oddawali się swoim myślom.

Gdy zastanowił się od jak dawna tu przychodzi zrozumiał, że wiecznie tu był. Coś powodowało, że jeszcze zanim ludzie wybudowali tą stacyjkę a tylko drzewo wyrastało z Ziemi on pojawiał się i siadał w cieniu tego drzewa.
Dzisiaj, mimo że pociąg miał niebawem nadjechać, nikogo na peronie nie zauważył.
Dzięki temu mógł bezkarnie buszować w przestrzeni własnej świadomości. Wprawdzie z przyjemnością obserwował ludzi, ale najwięcej radości sprawiało mu niczym nieskrępowane rozmyślanie o rzeczach wszelakich. Przymykał oczy i pozwalał prowadzić się projekcjom umysłu.
Pewnie długo jeszcze węszyłby myśl ulotną, ale odniósł wrażenie czyjejś obecności.
Podniósł powieki, wciągną w nozdrza duży haust powietrza żeby wyraźniej poczuć zapach odwiedzającego.
Wokół unosiła się delikatna woń migdałów z lekką nutą łąki rozgrzanej słońcem.
Potrafili być niewidzialnymi, ale nie potrafili być bezzapachowi.

- Tak może pachnieć tylko ona. – Pomyślał.
Nie zdradził się, że wie o jej obecności czekając, co zrobi.

Pierwszy raz podeszła do niego tak blisko. Dotykała go wzrokiem. Nie było w niej pożądania, tylko ciekawość i szacunek. Słyszała o nim dużo z ust innych – jej podobnych – co jeszcze bardziej rozpalało płomień przeciwstawnych myśli.
Może, dlatego odważyła się przyjść, bo miała w sobie naturalną chęć poznania, bo chciała zweryfikować to, co wiedziała i słyszała z tym, co on wiedział i myślał? Była też niecierpliwa, dlatego dłużej nie ukrywała się.

Zanim ją zobaczył usłyszał jej przyspieszony oddech. Pokazała się naprzeciwko niego. Stała wyprostowana siłą swojego młodego ciała. Spod wiewiórczej czupryny niebieskie oczy wbijały się w niego natarczywie. Za pasem niedbale zwisał miecz.
Pomyślał o swoim mieczu. - Ach… Pewnie gdzieś tu leży.
Uśmiechną się.
Odwzajemniła mu tym samym i nieśmiało powiedziała.
- Dzień dobry.
- To zależy… – Odpowiedział zawieszając głos.
- Od czego?
- Od tego, w jakim celu przyszłaś?
- Przyszłam do ciebie. To znaczy żeby z tobą porozmawiać.
- Dlatego się ukrywałaś? – Zapytał pozorując powagę.
Jej twarz zmieniła się w dojrzałego pomidora. Niewiele brakowało a zamieniłaby się w garść popiołu.
- Bo… Oni… Ja… W zasadzie to… – Zaczęła plątać się w słowach chcąc odpowiedzieć logicznie.
- Może, zatem usiądziesz AL? Tak będzie wygodniej. – Uśmiechną się wskazując ręką miejsce obok siebie.
- Skąd znasz moje imię? – Nagle oprzytomniała. Wszystko, czego nauczyła się w życiu chciało spowodować czujność i podejrzliwość, ale instynkt podpowiedział jej, że to nie miejsce i czas na bycie wojowniczką.
- AL nie może być tajemnicą. – Odpowiedział z jeszcze większym uśmiechem.
Poza tym znam dużo tajemnic. Chyba nie sądzisz, że tej tajemnicy bym nie znał?
- Ależ nie OM. Po prostu zaskoczyłeś mnie.
- Tak? A ty skąd znasz moje imię?
- OM! Ciebie wszyscy znają!
Próbowała usiąść, ale miecz najwyraźniej miał inne zamiary.
- Może go odłożysz? – Zaproponował OM. - Dzisiaj chyba nie będziesz go potrzebowała?
Kiedy już uporała się z mieczem i usiadła, poczuła ulgę i nabrała pewności siebie.
- Spójrz w koło AL. Czy dzień może być niedobry?
Pomyśl. Czy Słońce wstaje każdego dnia by patrzeć na dzień niedobry? Czy my, świat, ludzie, wszystko w nas i wokół nas jesteśmy by dzień był niedobry?
Jak uważasz, dlaczego dzielimy przestrzeń z ludźmi?
- No właśnie OM. – Wtrąciła.
Wszyscy mówią, że jesteś anarchistą, że wywracasz cały dotychczasowy porządek do góry nogami.
- Wszyscy, czyli kto?
- No… wszyscy…
- I, co jeszcze mówią wszyscy?
- Mówią, że bratasz się z ludźmi i że trzeba coś z tym zrobić. – Przez chwilę była niezdecydowana czy mówić więcej.
- Wszyscy mówią, że gdyby nie twoja ranga, problemu już dawno by nie było. – Dodała.
Zdziwiło ją, że OM zachowuje spokój.
- A jakie jest twoje zdanie? – Usłyszała.
- Sądzę, że ludzie mają silną potrzebę czucia się ważnymi, chcą być tacy jak my, bo chcą mieć tą samą pewność, co my mamy, a której im brakuje. Chcą nas wykorzystać, bo tylko w ten sposób udowodnią sobie, że mogą być tacy sami. Myślę, że niepotrzebnie nas rozpraszają swoją wizją rzeczywistości. Ludzie mają tysiące wizji.
- AL, nie wywyższaj się. Proszę. Dlaczego zakładasz, że jesteśmy lepsi od ludzi? Może to my pragniemy mieć człowieka na własność żeby pozbyć się odpowiedzialności za siebie i świat?
- OM, wszystko jest tak niejednoznaczne.
- Ale wszystko jest bardzo proste jednocześnie. Czego cię uczono w akademii?
- Żeby myśleć, analizować i wyciągać wnioski.
- O duszy pewnie nic nie było? W aspekcie poznawania oczywiście.
- Nie. Przecież to rozum jest podstawą wszystkiego.
- Podstawą wszystkiego jest wiara.
Ludzie i my przyszliśmy na świat w różnym czasie, ale wszyscy wyrośliśmy z jednego Ziarna. Z Ziarna Miłości i Prawdy.
Wyobraź sobie, że rodzisz dwójkę dzieci. Jedno jest czarne a drugie białe. Czy twoja miłość do nich będzie uzależniona kolorem ich skóry? Chciałabyś też żeby kochali się i byli sobie równymi. Prawda? Ludzie i my jesteśmy jak ci bracia – biali i czarni. Jeżeli miłość jest prawdą i prawda jest miłością, jeżeli wierzymy, to dlaczego odrzucamy równość naszą z ludźmi?
Masz rację, że ludzie mają tysiące wizji, ale przyjrzyj się im. Czy nie są piękni dzięki swojej zmienności, nieprzewidywalności? Każde z nich jest inne, kocha na swój sposób. Każde z nich tworzy własną biblię.
- Skoro są tacy piękni, dlaczego nie potrafią wszyscy wierzyć szczerze?
- Czy nam było dane wszystko od razu? Do tej pory są wśród nas czarne owce.
- OM, ale zanim przyszli ludzie było dobrze. Był porządek.
- Było na pewno inaczej i wygodnie.
Zdradzę ci tajemnicę. Wbrew temu, co większość z nas twierdzi Ziarno dało ludziom życie żebyśmy uczyli się odmienności i żebyśmy ponownie uwierzyli.
- Jak możesz tak mówić?
- Czy gdybyś nie miała wątpliwości przyszłabyś do mnie?
Ludzie też mają wątpliwości, ale ci, którzy poznali Prawdę, wierzą absolutnie i bezwarunkowo. Czują w sobie miłość Ziarna tak jak Ziarno czuje w sobie ich miłość. Są dla siebie Świątynią.
- I my mamy się tego nauczyć od ludzi?
- Tak. Pamiętasz entuzjazm dzieciństwa? Przywołaj go.

Chciała zadać kolejne pytanie, ale gwizd wjeżdżającego pociągu przykuł jej uwagę.
- Chcesz, coś ci pokażę?
Zanim zdążyła odpowiedzieć OM wziął ją za rękę.
Usiedli w przedziale obok siebie mając cudowne, wewnętrzne poczucie bliskości.
AL owładnęły emocje, o których sądziła, że należą do zamierzchłych czasów. Emocje stłamszone własnym mieczem a tkwiące w niej tworząc głęboką ranę. Dlaczego nie byłam szczera wobec siebie? Może już czas przyznać się do prawdy o sobie?
OM wyzwolił w niej energię, przed którą skrywała się całe, dorosłe życie, a bez której nie mogła żyć.
- Jakie to wszystko proste. – Pomyślała. Wystarczy…
Nie dokończyła myśli, bo właśnie pociąg szarpnął mocno. Odruchowo złapała za pochwę. Była pusta.
- Nasze miecze?! – Krzyknęła AL.
- Myślisz, że będą nam potrzebne? – Zapytał OM uśmiechając się jednocześnie.
- OM czy ty zawsze musisz być taki spokojny? – Powiedziała nie kryjąc zdenerwowania.
- Wyjrzyj przez okno.
AL spojrzała i dopiero teraz dostrzegła blask stali pokrywającej peron.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz