Zjeżdżali ze wzgórza krętą aleją. Światła reflektorów wciskały się w ciemność między drzewami, a błyski niebieskiego flesza przywoływały wszystkich na świadków tego zdarzenia.
- Syrenę mógłbyś wyłączyć. Aż tak nam się nie śpieszy.
- Przecież wiesz, jakie są procedury. A poza tym nie podnieca cię to?
- Nie przesadzaj z procedurami. I wiesz... Nie zostałem lekarzem żeby się podniecać.
- Tylko po co?
- Żeby pomagać, ratować.
- Temu w plastikowym worku już nie pomożesz. - Skinął głową na tył ambulansu.
- Jesteś pewien?
- Jest zimny, sztywny, i goły. Jak chcesz mu pomóc?
- Nie bądź cyniczny.
Przez chwilę jechali w milczeniu. Śpiące miasto nie wykazywało zainteresowania niczym z wyjątkiem własnego snu.
- Jak sądzisz, miał jakąś rodzinę, przyjaciół?
- Nie wiem. Każdy ma jakąś rodzinę, a z przyjaciółmi różnie bywa, o czym wiesz lepiej ode mnie.
- Pewnie był sam. Inaczej by nie zginął.
- Być może. Ale to już wyjaśni śledztwo.
Podjechali pod parterowy budynek. Jedynie tabliczka z napisem: "Instytut Patologii" wyróżniała go z pośród innych, sąsiadujących z nim.
Szli długim tunelem pchając przed sobą wózek z anonimową zawartością czarnego worka.
Niektóre jarzeniówki to zapalały się, to gasły. Od ścian odbijało się echo skrzypiących kółek.
- Witamy pana doktora. - Powiedzieli chórem będąc już w sali prosektorium.
- Jak zdrowie? - Dodali i spojrzeli ze zdziwieniem po sobie.
- A wy, co? Bracia syjamscy? - Zapytał doktor. Chciał zadać kolejne pytanie, ale wywnioskował z ich min, że nie powinien drążyć tematu.
- Witam panowie! Uprzedzono mnie o waszej wizycie.
Żeby nie przedłużać niezręcznej sytuacji dodał:
- No dobrze, bierzmy się do roboty. Kogo tym razem przywieźliście?
- Nie wiadomo. Nie miał przy sobie dokumentów. Niczego nie miał przy sobie. Znalazły go dzieciaki biegające na wzgórzu w parku.
- Jakiś biedak z ranami kłutymi nadgarstków, stóp i klatki piersiowej. - Dodał drugi.
Patolog słuchając oceniał ciało.
- Tak! Wstępnie mogę potwierdzić rany.
Dopiero, kiedy to powiedział przyjrzał się twarzy nieboszczyka.
- Ale, ale! Znam go. W takiej sytuacji musicie przetransportować go na inny poziom. Tam zajmą się nim. - Powiedział z ulgą doktor.
- Wypisze wam właściwą tabliczkę.
W jednej chwili czarne mieszkanie miało nowego lokatora.
- Proszę!
- Co?! Na ten poziom zjedziemy przed świtem. I tak pracujemy już po godzinach!
- No cóż panowie. Takie obowiązki. Dobrej nocy. - Nie czekając na odpowiedź odwrócił się i wyszedł.
Kierowca wyjął z rąk lekarza tabliczkę.
- Gdzieś słyszałem to nazwisko. Hm...
Nie tracąc czasu włożył tabliczkę w czytnik windy.
Na ekranie widoczne były z trzech tylko dwie ostatnie cyfry: "POZIOM ...66".
Kilka dni temu moja przyjaciółka otworzyła słownik i przeczytała jeden wyraz: "Poziom".
Ja otworzyłem swój słownik i znalazłem słowo: "Prowadzony".
Każde z nas napisało kilka zdań związanych z wyrazem znalezionym przez drugą osobę.

bardzo fajny tekst :) oby tak dalej :)
OdpowiedzUsuńDalej, czyli gdzie, czyli jak?
Usuńproszę proszę o zmiłowanie najmilszy mój Panie,
OdpowiedzUsuńwszak tekst ten najlepsze niesie w sobie zdanie
czekam więc na dalsze Waćpana starania,
gdzie Muzy nie trzeba namawiać do grania
Twój Pan nie zna litości, porachuje wszystkie Twoje kości, bo daremne waćpana starania, gdy Muza nie zawsze skora jest do grania. Mimo tego waćpan płynąć będzie łódko-tekstem na szerokej wody przestrzeń.
Usuń