Jej kot
wcale nie był czarny. Czarne miał tylko oczy. Chodził wszędzie za nią jak pies,
jak anioł stróż.
Obdarzony
przez nią uczuciem, którego mógłby pozazdrościć nie jeden kochanek nie jednej
kobiety.
Żyli
w rytmie myśli jednoczesnych.
Czy
byli sobie potrzebni? Nigdy w ten sposób nie odnosili się do przyczyn trwania
ich związku.
Daimon
był białym kotem z czarnymi oczami.
Najbardziej
lubił siadać na jej ramieniu. Nie, nie… Nie jak małpka kapucynka robiąca figle
za monetę wrzuconą do kapelusza.
Nie oznacza
to, że był beznamiętnym smutasem. Wręcz przeciwnie. Psotnik był, jakich mało. Rozweselał
ją bezwstydnymi historyjkami, innym razem przekomarzał się udając kłótliwego.
Mimo,
że byli nierozłączni nie mieli poczucia dożywotniego wyroku.
Sumi
radośnie przyjmowała podszepty Daimona. Najbardziej, kiedy pisała, a pisała
dużo.
Dziwne
były ich rozmowy – bez słów. Świadomość i symbole tworzyły zdania.
Po całym dniu – jak to
określał Daimon – ciężkiej pracy kładli się do łóżka i wtuleni w siebie śnili
to, co sprawiało im największą przyjemność. Każde o drugim i każde to samo. I tylko
nie było wiadomo czy był to sen Daimona czy Sumi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz