niedziela, 8 stycznia 2012

Obecność


Światło oddalało się wąską, opustoszałą uliczką aż do jego całkowitego zniknięcia za narożnikiem uśpionej kamienicy.
Patrzył przez chwilę w tamtym kierunku stojąc nieruchomo. Odwrócił się w końcu, nałożył czarny kaptur na swoją posrebrzaną głowę i ciągle oszołomiony przeszłością ruszył przed siebie z każdym krokiem tworząc przyszłość nowej teraźniejszości.
Smagany wiatrem i deszczem tracił orientację, stopy grzęzły w rozstępującym się bruku. Już nie szedł tylko powłóczył nogami z wysiłkiem odbierającym dech w piersiach. Coś usiłowało go powstrzymać. Kątem oka dostrzegł cień podążający jego śladem.
Odżyło w nim wspomnienie pierwszej wędrówki na Wzgórze Moria.
Wspinał się pokonując osuwający się piach, zmęczenie, niekończącą się tułaczkę i niepewność. Kiedy przekroczył linię cienia i wszedł na wierzchołek jego oczom ukazała się niczym gorejąca w płomieniach przestrzeń zalana złotem zachodzącego słońca.
Wyczerpany usiadł i stał się jednym ciałem z gwiazdami, Ziemią, istnieniami ludzkimi, wszechświatem. Obdarowany pełnią prawdy pijąc ze źródła życia – jest.
Teraz nie czuł strachu. Był silny i wystarczyłoby pomyśleć a wszystko zmieniłoby się jak wtedy na Wzgórzu Moria, ale nie mógł zdradzić swojej obecności.
Rozmyślając o początkach rozpoznał znajome kształty. Brama, kręte schody. Jeszcze tylko kilka stopni. Klucz w drzwiach.
- Dlaczego…? – Pomyślał i nie dokończył zasypiając.
Otworzył oczy. Pokój jeszcze był spowity półmrokiem.
- Zaczyna świtać. – Wyszeptał przeciągając się budząc rozleniwione ciało.
Spojrzał na zegarek. Była piętnasta.
- Hm…? Więc to już jest ciemno a nie jeszcze. – Powiedział tym razem głośniej żeby nie miał żadnych wątpliwości, jaka jest pora dnia.

 08.01.2012r.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz