Jej
dom stał na wysokiej skarpie. Często schodziła wąską ścieżką na dół zostawiając
na piasku ślady bosych stóp jakby chciała powiedzieć:
-
Jestem tutaj.
Zdążyła
już przyzwyczaić się do szeptu morza.
Przez
chwilę stała w oknie otulona światłem zachodzącego słońca.
-
Może…? – Pomyślała i nie dokończyła.
Za
oknami padał śnieg czyszcząc świat swoimi płatkami.
Zastanawiała
się, jakiego koloru użyć. Po chwili umoczyła pędzel i ostatni fragment płótna
zaczął znikać pod bielą gęstej farby.
-
Uff… To koniec. – Pomyślała nabierając głęboko do płuc powietrza.
Zapach
terpentyny wypełnił ją całą. Lubiła to.
Usiadła
w fotelu patrząc na obraz nie widząc go.
Było
cicho i tylko drwa w kominku strzelały od czasu do czasu sypiąc iskrami.
Zamknęła
oczy i… poczuła kota na kolanach moszczącego się jak niedźwiedź zapadający w
sen zimowy.
-
Oj! Wiercisz się Daimonie! – Powiedziała do kota.
Kiedy
otworzyła oczy nie zdziwiło ją, że pokój naznaczony jest światłem księżyca.
Ogień
dawno zgasł. Zmęczenie i chłód dały znać o sobie. Przeniosła się na łóżko –
duże, stalowe ze sprężynami. Pod grubym, wełnianym kocem zrobiło jej się
cieplej. Ciało już nie drżało.
-
Czy dusza też marznie? – Zapytała szeptem samą siebie.
Zwinięta w kłębek
zasnęła27.11.2011r.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz