- Cześć, jak masz na imię? – usłyszał.
Wpatrzony w rówieśników bawiących się na podwórku nie zauważył jej. Dopiero,
kiedy usłyszał po raz drugi to samo pytanie przeniósł wzrok w miejsce, z
którego dobiegał głos.
Była szczupłą młodą damą, wystarczająco wysoką, żeby zajrzeć w głąb
parterowego balkonu.
Zeskoczył ze skrzyni, uznając, że nie wypada rozmawiać z kobietą
siedząc, kiedy ona stoi.
Trzymała ręce oparte o poręcz i z radosną twarzą czekała na odpowiedź.
- Sławomir. A ty jak masz na imię?
- Sara, Sławomirze.
- Dziwne imię, ale pasuje do ciebie. Czy ono coś znaczy?
- Znaczy, że jestem księżniczką.
- Prawdziwą!?
- Najprawdziwszą pod słońcem! – odpowiedziała, chichocząc dźwięcznie.
- Mam niecałe siedem lat i jeszcze wszystkiego nie wiem – usprawiedliwiał
się.
- Jak na siedmiolatka jesteś całkiem odważny, mój głuptasie.
- Podoba mi się, że jestem odważnym, twoim głuptasem.
- I do tego jaki wygadany. Kto by pomyślał, że spotka mnie dzisiaj taka
miła niespodzianka? Ale… muszę lecieć do szkoły.
- Spotkamy się jeszcze?
- Jesteśmy sąsiadami, więc pewnie nie raz.
Kiedy odeszła kilka kroków, krzyknął:
– Ja też lubię niespodzianki!
Nie odwracając się podniosła rękę do góry i lekko pomachała dłonią.
Jeszcze chwilę, oparty o balustradę, przyglądał się malejącej sylwetce
Sary, aż do jej zniknięcia.
- Zrobiłem się głodny, pora na śniadanie – powiedział do siebie.
Spotykali się codziennie. Za każdym razem niby przypadkiem, ale
obydwoje wiedzieli, że to nie były przypadki. Z czasem przestali udawać, że niechcąco
jedno z nich znalazło się obok drugiego.
Po dwóch tygodniach znał dokładnie jej rozkład dnia. Kiedy kończyła
zajęcia w szkole, wychodził naprzeciw. Wracali wtedy – zamiast prosto drogą –
parkiem wzdłuż krętego, niewielkiego strumienia i ścigali się okrętami
zrobionymi z patyków i kory drzew.
Zapuszczali się do lasu. Budowali w nim szałasy, co jakiś czas w innym
miejscu, żeby nikt nie zakłócał ich miejsca i czasu na ziemi.
W cieplejsze dni chodzili daleko za miasto, na łąki, kąpać się w
zakolach starego koryta rzeki.
Lubiła mu czytać książki, a on słuchać. W najodleglejszych zakątkach
wszechświata przeżywali przygody magiczne i fantastyczne.
Biegając boso po łące, letnią burzę zlizywali z powietrza.
Jak na swój wiek byli bardzo dojrzali, jednak nigdy nie wyzbyli się
natury dziecka.
Byli wolnymi duchami, niczym dwa kolorowe motyle fruwające wśród
chabrów, maków, stokrotek. Mimo młodego
wieku, cenili swoją wolność i wzajemnie ją szanowali. Szanowali siebie.
Sara była od niego starsza o pięć lat, lecz nigdy nie nudzili się sobą.
Każdego dnia odkrywali w sobie szczyptę nowej tajemnicy.
Kiedy Sławomir miał prawie dziewięć lat, czyli był prawie dorosły,
jak sam określał, Sara zachorowała. Była to choroba na tyle lekka, że Sara
mogła zostawać w domu sama, kiedy jej rodzice szli do pracy.
Już pierwszego dnia choroby usiadł na podłodze przy jej łóżku i czekał
aż się obudzi.
- Co tu robisz, jak wszedłeś!? – usłyszał pytającą Sarę.
- Cześć! Przyszedłem do ciebie… przez balkon.
- Na pierwsze piętro!?
- Mógłbym nawet na czwarte.
Jego głos był spokojny w przeciwieństwie do głosu Sary.
- Wariat jesteś!
- Chcesz, mogę sobie iść?
- Zostań – poprosiła.
- Przyniosłem książkę – historię starożytnego Izraela. Będę ci czytał,
dobrze?
Zamiast odpowiedzi usłyszał pytanie, z gatunku tych, które powodują
sekundową pustkę w głowie.
- Wiesz, co to jest miłość?
Milczał chwilę szukając związku między czytaniem książki, a miłością, by
w końcu powiedzieć:
- Ty jesteś miłością.
- Zła odpowiedź.
- Jaka jest dobra w takim razie?
- Ty jesteś miłością.
Roześmiali się, aż w policzkach zrobiły im się dołeczki.
- Możesz położyć się obok mnie, jeżeli chcesz?
- W ubraniu, do łóżka?
- To się rozbierz.
Przez moment nie ruszali się nie wiedząc, jak się zachować .
- Pierwszy raz w życiu leżę z kobietą w łóżku – powiedział.
- Pierwszy raz w życiu leżę z mężczyzną w łóżku – powiedziała.
Przez tydzień, codziennie, zamiast do szkoły, chodził do niej, za
każdym razem z bukietem świeżych polnych kwiatów.
Był to ich pierwszy spacer od czasu choroby Sary. Szli wzdłuż drogi,
porośniętej z obu stron kwitnącymi kasztanowcami. Zamierzali dojść do starego
kamieniołomu zalanego wodą, która o tej porze roku miała rubinowy kolor.
Najczęściej siadali tam nad urwiskiem i wpatrując się w słońce,
odbijające się w lustrze wody, milczeli.
Szli więc drogą wzdłuż kasztanowców, gdy Sara niespodziewanie
krzyknęła:
- Dziecko!
Zdążył tylko zobaczyć, jak pędzi w stronę dziecka, które za piłką
wbiegało wprost pod nadjeżdżające auto.
Zdjął koszulkę i przykrył jej ciało leżące na czarnym asfalcie. Zgarniał
jej włosy z czoła trzymając głowę na kolanach.
- Czujesz ten zapach? To kasztanowce – wyszeptała. - I motyle. Widzisz?
Jest ich tak dużo – ponownie wyszeptała.
- Cichutko najdroższa, moja księżniczko, zaraz przyjedzie pogotowie –
mówił nie mogąc powstrzymać łez.
- Nauczyłeś mnie czym jest przyjaźń, miłość, uczciwość – szeptała krztusząc się.
- Jesteś moją radością księżniczko, kocham cię, ale już nic nie mów.
- Dobrze, odważny mój głuptasie, mój mężczyzno.
Ktoś odciągnął go od leżącej Sary. Stał odrętwiały
patrząc w jeden punkt, jej oczy, potem w mrugające, niebieskie światło
oddalającej się karetki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz