- Chciałbym umrzeć – powiedział któregoś dnia matce.
Dla kilkuletniego chłopca stwierdzenie raczej niezwyczajne, ale wtedy,
ani w przyszłości, nikt nie mógłby zaświadczyć jego zwyczajności. Miał kilka
lat i nie przewidział, że to zdanie rozpali w matce emocje, które zapadną w jej
pamięci na zawsze. Nieświadomie nałożył na nią brzemię grzechu niepopełnionego
przez nią.
Na przystań wjechali około południa. Rozkołysane jachty przywitały ich
dzwoniąc linami o maszty.
Przez moment skupił się na jej roziskrzonych oczach. Były tym, co
sprawiło mu największą radość.
- Kocham cię! – powiedziała i pocałowała go tak, jakby nikogo wokół nie
było.
- Jest cudowny. Pomyśleć, że zmarnowałam tyle okazji żeby z tobą
żeglować – powiedziała wpatrzona w jego zielone oczy.
- Życie nie kończy się na tym, czego nie było – odpowiedział i żeby
zmienić temat, dodał szybko – Chodź, zapoznam cię z jachtem.
Wtajemniczał ją w budowę jachtu, zasady bezpiecznego żeglowania, wyjaśniał,
do czego służą fały i szoty, a ona z różowymi policzkami słuchała chcąc
zapamiętać jak najwięcej.
- Nie mogę się doczekać! – odpowiedziała i jak dziecko rozkołysała
jacht na boki.
- Dobrze, ale zanim rzucimy cumy zrobimy jeszcze jedną rzecz.
- Jaką!? Jaką!?Powiedz! – wykrzykiwała.
- Poprosimy Posejdona o przychylność i opiekę.
- Wow…!
Zszedł pod pokład, by po chwili wrócić z butelką rumu z Guadeloupe.
Rozlał rum do trzech szklaneczek. Jedną podał jej, drugą wziął sobie,
zawartość trzeciej wylał do jeziora, mówiąc:
- Czcigodny Posejdonie, uszanujemy każdą twoją decyzję, ale prosimy cię
o opiekę i pomyślne wiatry. Twoje zdrowie Posejdonie i twoje też, najdroższa.
- I twoje – powiedziała z szerokim uśmiechem. - Sądzisz, że usłyszał? –
dodała.
-Nie mam wątpliwości.
Wypłynęli z portu grubo po południu. Wiatr wypełnił sobą żagle i pchał
ich na północ.
- Nie myślałam, że będzie tak cicho – powiedziała bardziej do siebie
niż do niego.
- To, dlatego, że płyniemy fordewindem.
- To znaczy? – zapytała odwracając głowę w jego stronę.
- Z wiatrem – odpowiedział krótko.
- Zawsze będziemy tak pływać?
- Nie, ale na pewno jeszcze nie raz.
- A dzisiaj?
- Dopłyniemy z tym wiatrem do celu.
- Daleko?
- Za godzinę, może półtorej powinniśmy być na miejscu.
Na wysoką skarpę weszli po kamiennych schodach. Kiedy byli już na górze
ich uszom dało się słyszeć cichą, ale wyraźną muzykę.
- Na Mazurach latynoskie rytmy? – zdziwiła się.
- To za sprawą właścicieli tawerny, są zauroczeni Kubą.
By dostać się do środka musieli przejść przez małą, drewnianą furtkę i
taras porośnięty bujną winoroślą. Na progu przywitał ich duży rudzielec, kocur
przybłęda. Zrobił ósemkę między ich nogami, zamruczał, jakby chciał powiedzieć:
„cieszę się, że was widzę” i wskoczył na parapet pod oknem. Jeszcze przez
chwilę obserwował ich, po czym uznając, że nic więcej się nie wydarzy, zwinął
się w kłębek i zasnął.
- Maleńka, obudź się – wyszeptał, całując ją w policzek.
- Co się stało, która godzina?- zapytała nie otwierając oczu.
- Po czwartej, chcę ci coś pokazać.
- Musisz teraz? Niedawno zasnęliśmy.
- Nie muszę, ale chciałbym. No chodź, proszę.
- Co chcesz pokazać? – zapytała ponownie.
- Dowiesz się, kiedy wejdziemy na skarpę – odpowiedział.
Słońce zaczęło nisko rozświetlać horyzont. Blade niebo i brak wiatru
zwiastowały dobrą pogodę.
Między drzewami, u podnóża skarpy widać było przystań z kilkoma
jachtami, a po drugiej stronie jeziora, łąki z lekko snującą się mgłą.
Cała okolica w ciszy wyczekiwała nadchodzącego dnia.
- Wiesz, co to jest? – zapytał, kiedy siadali na kocu.
- Powiedz…!
- To jest twój pierwszy na Mazurach wschód słońca.
- To jest czas nieoczekiwanego piękna – dodała.
Podkurczyła nogi i położyła się na boku opierając głowę na jego
kolanach. Wyglądała jak embrion w łonie matki.
- Możemy tu trochę posiedzieć? – zapytała.
- Ile tylko chcesz.
- Kocham cię – powiedziała ledwo słyszalnym głosem, roniąc przy tym
jedną malutką łzę.
Smakując ten czas, przypomniała sobie o swoich dawnych pragnieniach, za
każdym razem tłumionych z powodu niespełnienia. Przypomniała sobie o tych
krótkich chwilach uniesienia, które towarzyszyły jej, kiedy miała nadzieję, że
tym razem pragnienie stanie się realnym, nieodłącznym fragmentem jej życia.
Lecz kolejne porażki spowodowały wyparcie się tego, czego pragnęła najbardziej
– miłości. Uwięziła ją w najdalszych zakamarkach pamięci tylko po to, żeby nie
bolało.
Myliła się – z każdym rokiem bolało mocniej i mocniej, aż pragnienie
stało się nieurzeczywistnioną obsesją.
Teraz, kiedy jest z nim, doświadcza miłości całą sobą – prawdziwie,
radośnie.
- Przejmij ster – powiedział.
- No co ty, zwariowałeś?! – odpowiedziała, niedowierzając jego
propozycji.
- Poradzisz sobie. Wiatr jest łagodny, będzie dobrze.
- Ale ja nigdy…
- „Nigdy” jest już historią – przerwał jej. – Obserwuj wodę, chmury i
kontroluj kierunek wiatru.
- Tak jest kapitanie! – odpowiedziała, uśmiechając się i szybko dodała.
- Co robisz? Nie zamykaj oczu!
- Nie umiem spać z otwartymi.
- Ale ktoś musi czuwać!
- Właśnie zostałaś pierwszym oficerem. Teraz ty czuwasz. Tylko nie
nerwowo. Reaguj sterem, kiedy musisz i delikatnie.
- Dobrze – powiedziała i nie ukrywając radości dodała – skrajna
nieodpowiedzialność, spać w takiej sytuacji.
- Wszystko słyszę – skwitował, jednocześnie udając, że zasypia.
Rozpalona powtarzała w myślach wszystko, czego ją uczył – jak wyczuwać
wiatr, jak nie pływać
zygzakiem, jak wyglądają dobrze wybrane żagle i kto i kiedy ma
pierwszeństwo.
Żeby dostać się na Niegocin, musieli przepłynąć kilka pomniejszych
jezior i łączących je kanałów.
- Przygotujmy się na deszcz – powiedział, kiedy wpływali do ostatniego
kanału.
- Może nie będzie padać? – powiedziała z nadzieją w głosie.
- Będzie. Pozamykaj wszystkie luki i podaj mi sztormiak, proszę. Sama
też załóż i kamizelkę – mówił szybko i zdecydowanie.
Wiedziała, że nie żartuje. Wyczuwała w jego głosie napięcie, ale nie
strach, raczej pewność siebie.
Przebijali się przez wiatr i coraz większe fale. Silnik pracował na
maksymalnych obrotach.
- Na razie możesz zejść pod pokład! – przekrzykiwał wszechobecny hałas.
- Nie, chcę zostać z tobą! – zawołała w zwinięte w tubę dłonie.
Do Rydzewa dopłynęli po zmroku. Sklarowali jacht, wzięli gorący
prysznic i poszli do gospody „Pod Czarnym Łabędziem”.
- Czy to znaczy, że głównym daniem jest czarny łabędź? – zażartowała.
- To znaczy, że z tym miejscem wiąże się legenda. Czarny łabędź był
kiedyś młodzieńcem, który rozkochał w sobie niewinną dziewczynę i potem
porzucił. Zrozpaczona poszła na bagna i nigdy już nie wróciła.
- To ci szubrawiec! - I co było dalej?
- Cierpiał, bo zrozumiał, że ją miłował, ale było już za późno. Poszedł
za nią na bagna i jak ona nigdy nie wrócił. Pewnego dnia na wodach jeziora
pojawił się czarny łabędź. Podobno to był on – zmieniony. Starzy powiadają, że
czasem i tylko przed świtem można go dostrzec w przybrzeżnych trzcinach. A
jeśli go ujrzysz, szczęście nie opuści cię już nigdy.
- Ładne! Wybaczam mu.
- Przecież nic ci nie zrobił!
- Solidaryzuję się – powiedziała przeciągle.
- Z kim?
- Z niewinną dziewczyną!
- I pewnie czujesz jej ból!
- Żebyś wiedział!
- Wiesz co? Zgłodniałem, wejdźmy do środka.
Zamówili sandacza na musie ziemniaczano-porowym z tymiankiem i dwie
podwójne wódki.
Później domówili placki ziemniaczane i butelkę miodu.
Jedzenie, picie i niekończąca się rozmowa, to było to, co zawsze
wprawiało ich w dobry nastrój.
Obudziły go jej pocałunki. Pieściła wargami całe jego ciało.
Delikatnie, jakby dla własnej przyjemności całowała go po udach, brzuchu, szyi.
Kiedy chciała posmakować jego ust ich oczy spotkały się.
- Co robisz? – zapytał na pół śpiący.
- Nie sądzisz, że radość życia jest w każdym doświadczeniu?
- Nie w każdym, ale w tym tak – odpowiedział.
Chciał się podnieść, ale ona przytrzymała go swoim rozgrzanym ciałem.
- Nie ruszaj się.
- Ale…
- Ciii… nic nie mów – powiedziała i porwana własną namiętnością
uwodziła go żarliwie.
Z zamkniętymi powiekami patrzył na nią oczami wyobraźni.
Czuł ją na sobie i siebie w niej. Jej falujące piersi i konwulsyjnie
poruszające się ciało rozbudzały jego podniecenie.
Otworzył oczy i zobaczył ją wpatrzoną w niego hipnotycznym spojrzeniem.
Poczuł, jak jej sprężyste ciało doprowadza go na szczyt rozkoszy.
- Zapowiada się dobry dzień – powiedziała z uśmiechem.
- Też tak myślę. Kocham cię – dodał.
- Wiem!
- Ta pewność siebie kiedyś cię zgubi.
- Aj tam, aj tam!
Słońce było już wysoko. Brak wiatru nie zachęcał do odpłynięcia.
Postanowili zostać w Rydzewie i spróbować zmierzyć się z naturą po obiedzie.
Tymczasem wylegiwał się na czarnołabędziowym leżaku z książką w jednej
ręce i zimnym piwem w drugiej.
- Zobacz, co znalazłam – usłyszał jej przytłumiony głos. - Śpisz?
Zobacz, co w trzcinach znalazłam – powiedziała jeszcze raz.
- Czarnego łabędzia? - zapytał.
- Nie! Butelkę z chyba jakimś listem w środku.
- Pewnie od rozbitka na bezludnej wyspie.
- Oj, nie żartuj! Mógłbyś go wyjąć?
- Daj, spróbuję.
-Najprościej byłoby rozbić butelkę i po sprawie – pomyślał.
Po chwili wyciągnął korek, przechylił butelkę szyjką w dół i poczekał
aż rulonik wysunie się na tyle, żeby go złapać i wyjąć.
Rozprostował kartkę i przeczytał nagłówek: „DLA TWOICH OCZU”.
- To do ciebie – powiedział, podając jej list.
- Naprawdę? Skąd wiesz?
- Bo jest napisane „dla twoich oczu”. Proszę.
- Faktycznie, ale nie sądzisz, że powinno być: „dla Marii”?
- Zastanów się! Przecież każda Maria, która znalazłaby ten list,
pomyślałaby, że jest on dla niej, a dzięki temu, że jest on dla twoich oczu,
nie może być pomyłki. Twoje oczy są tylko jedne. Prawda?
- Przekonałeś mnie – powiedziała puszczając oko.
Nie wdając się w dalszą dyskusję, położyła się na leżaku obok i zaczęła
czytać.
„Wyglądałem normalnie: para rąk, nóg, głowa, tułów i te rzeczy –
wszystko na swoim miejscu, a mimo to byłem inny.
Początkowo nie rozumiałem, dlaczego, ale wiedziałem, że jestem inny.
Nauczyłem się czuć własne emocje i pragnąłem, by ktokolwiek doznał ich
tak jak ja. Chciałem, by ktoś widział moją niezwykłość.
To pragnienie nigdy nie ziściło się. Zamiast tego doświadczałem
niezrozumienia i ignorancji.
Raz za razem chłostany biczem
samotności uciekałem w świat fantazji. W nim tworzyłem przestrzeń dorównującą
mojemu geniuszowi. Zakochiwałem się i odkochiwałem.
Z każdym odtrąceniem w życiu
realnym zakładałem na siebie kolejny płaszcz urojeń, szukając pod nim
schronienia.
Rozwijałem zdolności parapsychiczne i magię, by nadać sens tej ułudzie.
Cierpienie zdominowało mój umysł, który przestał sobie z nim radzić. Zatracałem
granice między fikcją a prawdą. Żyłem jak schizofrenik.
Wtedy zadałem sobie pytanie „Kim jestem?”. „Jestem tym, który patrzy.
Obserwuję wszystko z dystansu i pozostaję świadomy pojawiających się przede mną
wydarzeń, myśli i emocji”(*) - pomyślałem.
Zrzuciłem wszystko z siebie i ubrany jedynie we własną skórę zacząłem
uważnie patrzeć i słuchać. Stałem się obserwatorem własnych możliwości, sił,
wyjątkowości. Całym sobą sprawiałem swojej nagości radość. Każdego dnia
rozbudzałem w sobie motywację, by stać się pełnym miłości świadkiem ludzkiej
natury.
Stoję nagi i mimo, że jestem inny, wiem kim jestem. To, co piękne nie
rzuca się w oczy”.
- Osobliwy list – pomyślała. - Może, gdybyś poprosił… – powiedziała do autora listu.
- Co mówisz? – zapytał odkładając książkę.
- Nic, nic… - Wierzysz w Boga, prawda?
- Przecież wiesz. Dlaczego pytasz?
- Czyli wierzysz, że jeżeli poprosisz Boga o cokolwiek, to dostaniesz?
– kontynuowała.
- Nie, w to nie wierzę.
- Jak to?! Ale…
- Nie ma żadnego „ale”. Wierzę, że jeżeli poproszę Boga, na przykład o
miłość, to Bóg da mi szansę bym mógł się zakochać i być kochanym.
Na chwilę zawiesił głos, po czym zapytał.
- O co ostatnio prosiłaś Boga? Dostałaś to? Może ten list jest
odpowiedzią Boga na twoją prośbę? Szansą, żebyś osiągnęła to, o co prosiłaś. Pomyśl.
Przez chwilę wpatrywała się w niego zamyślona.
- Pozwolisz, że przeczytam list nieznajomego jeszcze raz? – zapytała z
uśmiechem.
- Pozwolę – odpowiedział, odwzajemniając uśmiech.
Wsłuchani w muzykę własnych serc przeszli do lektury – on książki, ona
listu.
(*) Michael Singer - The Untethered Soul


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz