wtorek, 25 listopada 2014

Dolina Szafirowego Jeziora





Samochód zostawili na parkingu straży granicznej. Dalej, kilkukilometrowy odcinek pokonają pieszo, idąc wąską ścieżką, gęsto zalesionego zbocza góry.

Nie spieszyli się.

- Do zachodu słońca mamy  kilka godzin, powinniśmy zdążyć – powiedział Wiktor, patrząc na przysłaniające – listopadowe niebo – chmury.
- Przed deszczem też? – zapytała Alicja, mając nadzieję, że usłyszy zdecydowane: „też”.
- Na to bym nie liczył.

Szli w milczeniu.

Alicja pamięta, że kiedy Zoja i Wiktor zabierali ją do chaty w górach, zawsze szli w milczeniu. Początkowo nie mogła się do tego przyzwyczaić. W końcu zapytała, dlaczego nic nie mówią.
- Harmonizujemy się z naturą – odpowiedzieli jednocześnie.

Dzisiaj Wiktor miał jeszcze jeden powód żeby iść w milczeniu  – pierwszy raz bez Zoji.

Rok temu zaciągnął się na rejs dookoła świata.
Nie wiedział, czy po to, żeby zapomnieć, czy po to, żeby patrzeć na gwiazdy, na które kiedyś patrzyła Zoja. A może po to, żeby w słonych wodach oceanów zatopić ból?

Śmierć była banalna. Sekcja wykazała obecność ziarna ryżu w oskrzelach. Jednego, małego ziarenka ryżu, którym Zoja zachłysnęła się podczas jedzenia.
Patolodzy, jakby na pocieszenie powiedzieli Wiktorowi, kiedy ten odbierał ciało Zoji, że pierwszy raz spotkali się z takim przypadkiem.

- Chwała Bogu! Jesteśmy już na przełęczy – przerwała ciszę Alicja.
- Tak, teraz będzie łatwiej, z górki… Przestało padać. Wyschniemy zanim dojdziemy do chaty.
- Obejrzyj się za siebie.
Odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i zobaczył ścianę deszczu.
- Zapomniałem, że stoimy na granicy światów. Wiesz, że tu w dolinie nigdy nie padało…

Stał, obserwując z jednej strony ciemniejący las i krople deszczu i z drugiej strony pierwsze gwiazdy skrzące się nad doliną.
Po chwili skierował spojrzenie na ociekającą wodą Alicję.
- Dziękuję – powiedział z mokrymi – może od deszczu – oczami.
- Za co?
- Że zgodziłaś się przyjść ze mną.
- Chciałam. Brakowało mi tego. Zoji… Ciebie…

Ruszyli w dół, w stronę chaty, mając nadzieję, że melancholia rozpłynie się w pozostawionym na przełęczy deszczu.

- Jesteś! – zawołała Zoja, widząc wchodzącego Wiktora. Wskoczyła na niego, udami obejmując tułów, a ramionami szyję. Tak przyklejona, mruczała pod nosem sobie znane nutki.

Zawsze tak go witała. Z dziecięcą, nieograniczoną radością.
Wiktor mówił, że jest jak suczka, którą miał w młodości, która reagowała podobnie, okazując bezwarunkową miłość.
Śmiali się z tego oboje.

- Miałeś być wczoraj, niepokoiłam się. - Myślałam, że cię niesprzyjające wiatry porwały na koniec świata.
- Przepraszam. Musiałem coś sprawdzić.
- Latając w obłokach?
- Poniekąd tak i wiatry też miały w tym swój udział. Wprawdzie nie porwały mnie na koniec świata, ale skierowały w pewne miejsce.

Siedzieli na podłodze, jedząc ulubione sery i pijąc wino rozmawiali. Zoja ze szczegółami opowiadała, jak wypełniała czas. Wiktor chłonął każde jej słowo, każdy gest. Nie mógł nadziwić się, że uśmiech nie spływa jej z twarzy.

- Gaduła jestem. Nie dopuszczam cię do słowa. Mów, co robiłeś?

Teraz Wiktor zmienił się w gadułę. Malował słowami nieudane próby oderwania paralotni od ziemi, przeloty między górami, zmieniające się pod stopami krajobrazy. Kiedy samotna chmura burzowa wessała go w swoje objęcia, dodawał fioletu, czerni, granatu, odcieni szarości.
Wreszcie, awaryjnie lądując, zamaszystymi ruchami dodawał zieleni, żółcieni, pomarańczy, by na koniec przejść do błękitu, złota, czerwieni.
Starannie opisał dolinę, do której – jak z całą stanowczością podkreślił – przywiał go wiatr przeznaczenia.

Oczy Zoji dostawały blasku niepochamowanej ciekawości.

- Pojedźmy tam – powiedziała przerywając Wiktorowi jego opowieść.
- Kiedy? – zapytał zaskoczony
- Teraz – odpowiedziała najspokojniej, jak tylko mogła.
- Kochanie, jest środek nocy!
- Gdzie jest ta dolina?
- Na południu, w górach, przy samej granicy.
- Doskonale – krzyknęła, tym razem nie ukrywając podniecenia.

Drzwi chaty były otwarte.

- Chyba ktoś tu był?
- Nie sądzę.
- Jesteś pewien?
- Na sto procent.

Weszli do środka. Wszystko było tak, jak Wiktor zostawił rok temu.

- Widzisz? Nawet laptop otwarty leży na biurku nie tknięty.

Alicja z ciekawości przeciągnęła palcami po klawiaturze.
Usłyszeli jedno, krótkie piknięcie, jeszcze jedno, jakby sapnięcie i po chwili, w towarzystwie równomiernego, cichego brzęczenia , ekran rozjaśniał twarzą Zoji w zatrzymanym kadrze filmu.

- Przepraszam – powiedziała Alicja i nie mogąc opanować wzruszenia wybiegła na zewnątrz.

Wiktor zamknął laptopa. Rozejrzał się po wnętrzu. Wzrok, mimowolnie skupił  na starym, głębokim fotelu, na którym leżała niewielka szkatułka.

- Włożymy do niej wszystkie nasze skarby – z powagą powiedziała Zoja, kiedy kupowali ją na jakimś straganie przy drodze do Kadżuraho.

- Jak to możliwe…? - Jak to możliwe? – powtórzyła Alicja.
- Co, jak możliwe? – zapytał Wiktor wytrącony z zamyślenia.
- Jak to możliwe, że laptop zareagował?
- Prawdopodobnie był cały czas włączony – odpowiedział i delikatnie przestawił szkatułkę na biurko.

Wnętrze zrobiło się przytulne. Drwa rozpalone w kominku strzelały iskrami.
Odświeżeni i najedzeni, rozmawiali o wspólnie spędzonym czasie.
Wiktor siedział na podłodze oparty plecami o biurko,  Alicja naprzeciwko w fotelu, w którym Zoja z kawą i książką przesiadywała godzinami. Z podkurczonymi nogami, wtulona w oparcie, zamykała się w świecie wyobraźni.

- Mogę obejrzeć cały film? – zapytała Alicja, zdobywając się na odwagę.
- Jesteś pewna, że tego chcesz?
- Tak! Poproszę.
- Jest to zapis naszego pierwszego przyjazdu do doliny. - Poczekaj, ustawię na początku. - O, proszę.

- Wow…! Jest tak, jak opowiadałeś – padło z ekranu.
Powiedziawszy to, Zoja spojrzała na Wiktora.
- Co robisz? – zapytała.
- Rejestruję obraz i dźwięk.
- Ja jestem nieuczesana i w ogóle, a ty mi tutaj…!
- I brzydka.
- No pewnie…!
Nie czekając na nic, Zoja ruszyła z przełęczy w stronę doliny.
- Poczekaj, nie wiesz dokąd iść.
- Wiem! Chodź za mną! – krzyknęła i pobiegła przed siebie.

Zatrzymali się między chatą, a niedużym, szafirowym jeziorem.

- Intrygujące miejsce – powiedział Wiktor.
- I tajemnicze. - Teraz rozumiem, dlaczego wróciłeś dzień później.
- Pytałem miejscowych z pobliskiej wioski po drugiej stronie przełęczy, co wiedzą o dolinie. Nie mieli wiele do powiedzenia, albo nie chcieli mówić. Jedynie stary młynarz wyjawił, że był to dom wartownika, ale nie wie kto to był i czego pilnował.
- Może jeziora? – podsunąłem.
- Do jeziora lepiej nie zbliżać się – zareagował stanowczo.
- Dlaczego?
- Podobno jest głębokie do samego środka Ziemi. Niektórzy gadają, że łączy się z innym światem.
Dodał, że z wioski do doliny nikt nie zapuszcza się.
- Tak było i tak jest teraz. Nic więcej nie wiem – powiedział młynarz, uważając rozmowę za zakończoną.

Jeszcze na odchodne krzyknął przez ramię:
- Podobno dolina jest do kupienia,  jeżeli ma pan ochotę może to zrobić!

- Za jaką cenę? – przerwała Zoja i szybko dodała:
- Kochanie…! Będziemy tu mieszkać! – Sprzedamy wszystko, pożyczymy, nie wiem, co jeszcze, ale będziemy tu mieszkać!
- Zostaniemy nowymi wartownikami?
- Żebyś wiedział!
- Czego będziemy pilnować?
- Zobaczysz.

- Kiedy dwa dni wcześniej lądowałem awaryjnie w dolinie, przeczuwałem, że nasze losy połączą się trwale z tym miejscem – wtrącił Wiktor podając Alicji kieliszek wina.
- Niesamowite. Nigdy nie mówiliście o tym.
- Instynkt nam podpowiadał, że niektóre rzeczy powinniśmy zachować w tajemnicy.
- ???
- Zastanawiasz się, dlaczego teraz ją ujawniam?
- Istotnie.
- Wszystkiego dowiesz się we właściwym czasie.

Okazało się, że nie byli jedynymi mieszkańcami doliny. Na drugim jej końcu gnieździł się orzeł. Przez wszystkie lata jakby czekał na swoją kochankę.
Przelatywał nad ich głowami, najczęściej, kiedy mimo ostrzeżeń młynarza siedzieli nad brzegiem jeziora – zawsze ciepłego, niezależnie od pory roku.

- Jest niczym opiekuńczy kamień.
- Orzeł? – zażartował Wiktor.
- Szafirowe jezioro głuptasie – odparła Zoja.

Darzyli się ogromnym szacunkiem ponieważ wiedzieli, gdzie leży cienka granica między czułością, a intymnością i nigdy jej nie przekraczali.

Poranne słońce łaskotało twarz Alicji. Obudziła się w fotelu.
- Naprawdę jest wygodny – pomyślała.
Przeciągnęła się leniwie, ziewnięciem odgoniła resztki snu. Wstała.
Wiktora nie było. Wyszła na zewnątrz.

- Wiktor…! - Wiktor! – zawołała.

Wołanie wybrzmiało i zapanowała nienaturalna cisza.
Dostrzegła nad brzegiem jeziora szkatułkę. Tą samą, którą Wiktor wieczorem kładł na biurku.

Podeszła bliżej.
Usiadła obok na kamieniu i nie wiedziała, co dalej robić. W milczeniu patrzyła na szkatułę i kartki papieru – obsypane jakimś pyłem.
- Przecież to nie jest jakiś pył, tylko…  – nie dokończyła zamroczona odkryciem.

- Ja chyba śnię, to nie dzieje się naprawdę! – krzyczała. - Muszę się uszczypnąć!
- Ałłła!
- Tylko spokojnie! Oddychaj głęboko! – mówiła do siebie, będąc na granicy histerii.

Po chwili przełamała strach i niepewność, wzięła kartki i zaczęła czytać.

 „Droga Alicjo! Obiecałem, że wszystkiego dowiesz się we właściwym czasie.
Jesteś zaskoczona, ale proszę, zaufaj nam , a przede wszystkim sobie.
Zacznę od tego, że Dolina Szafirowego Jeziora jest…”

Każde przeczytane zdanie wywoływało w niej zmienne emocje. Od zdziwienia, przez łzy do śmiechu.
Nie potrafiła ujarzmić myśli, każdej następnej sprzecznej z poprzednią.
Rozejrzała się wokół, rozebrała do naga i weszła do wody. W dłoni zaciskała list od Wiktora. Szła dalej, aż straciła grunt pod nogami. Ciało rozkołysało się w rytm szafirowego jeziora.
Już była spokojna, myślami obecna wszędzie i tylko krążący nad nią orzeł przypominał jej gdzie jest.








2 komentarze: