Jazda na rowerze, gdy temperatura w cieniu
dochodziła do 30°C, w jego
przypadku nie należała do łatwych. Jechał już kilkadziesiąt kilometrów i zaczynał
odnosić wrażenie jakby poruszał się po zgliszczach własnego umysłu.
- Królestwo za kawałek nie-słońca! – krzyknął.
Kiedy chciał krzyknąć jeszcze raz, dostrzegł inne
od pozostałych drzewo, gęstą zielenią okrywające konary rozłożyste. Obok
drzewa, Jezus mały, na stalowym krzyżu z opuszczoną głową, jakby schronienia
przed spiekotą szukał.
Nie zastanawiał się nad logicznością tej chwili. Po
prostu położył się w cieniu drzewa i patrzył, to na Chrystusa, to na zielone
liście nad nim, to na niebo z przelatującym wysoko samolotem.
Przypomniały mu się dawne czasy, kiedy też tak jak
teraz, wpatrywał się w białe smugi na niebie, a później rozpościerał skrzydła i
latał.
- Zobacz, jeszcze jeden amator taniego wina –
usłyszał niewyraźnie czyjeś słowa.
- Halo! Dobrze się pan czuje?! – usłyszał drugi głos, jednocześnie czując
szarpnięcie.
Otworzył oczy. Dwaj mężczyźni w czarnych mundurach
stali nad nim z szeroko rozstawionymi nogami, dodając sobie w ten sposób prestiżu. Na głowach mieli
czapki z daszkiem opuszczonym nisko na oczy chowające się za czarnymi, jak ich
mundury, okularami.
- Co pan tu robi?! Ma pan jakieś dokumenty?! Ten
rower to pana?! – padły pytania niczym seria z karabinu.
- Nic specjalnego, odpoczywam w towarzystwie
Chrystusa – odpowiedział uśmiechając się.
- Proszę stanąć na jednej nodze, zobaczymy czy nie
jest pan zbytnio zmęczony.
- A dostanę żabę w nagrodę?
- I jeszcze może złotą rybkę?
- Taką
spełniającą życzenia?
- Pewnie chciałby pan być, piękny, młody i bogaty?
- Nie, nie chciałbym.
- Mieć żonę, piękną, młodą i bogatą? – szybko padło
drugie pytanie.
- Też nie.
- To, po co panu złota rybka?!
- Po nic! Jeżeli dobrze pamiętam to panowie chcieli
mnie obdarzyć złotą rybką… Ale gdyby tak się stało, poprosiłbym ją żeby nie
było tak gorąco.
- Tylko tyle? Eee… zmarnowałby pan złotą rybkę –
powiedział z niesmakiem człowiek w czarnym mundurze.
- Każdy ma swoje pragnienia!
- No dobrze, niech pan sobie tu jeszcze trochę
odpocznie. Miłego dnia.
- Dziękuję, wzajemnie.
Patrząc za oddalającym się radiowozem powiedział do
siebie: kiedy tylko się ochłodzi wyjadę gdzieś dalej.
I myślami był już w krainie, o której wiedział, że
jest.
Codziennie sprawdzał prognozę pogody. Zachmurzenie
i niska temperatura zagwarantują mu nie tylko harmonię wewnętrzną, ale też
pewność, że ilość turystów będzie znacznie mniejsza.
Ciszy, spokoju i nieco nie-upału potrzebował.
- Niestety
w nadchodzący, ostatni tydzień czerwca, aura pogorszy się. Zwłaszcza na
południu kraju – usłyszał kobiecy głos, dobiegający z radia.
- Zachmurzenie będzie duże i umiarkowane, lokalnie
mogą wystąpić burze i przelotne opady, a temperatura może spaść nawet do 14°C – kontynuowała pani zamknięta w
małej skrzynce z głośnikami.
Przestał słuchać i tylko wyobraził sobie aurę
pięknie „pogarszającą się”.
Zadzwonił do pracy z informacją, że do końca
miesiąca bierze wolne.
Włączył internet i zaczął szukać lokum. Był
przekonany, że bez trudu znajdzie coś ciekawego, ale dopiero w ostatnim miejscu
z listy mógł zarezerwować nocleg.
- Czyżby takich jak ja było więcej? Ten świat
ciągle mnie zaskakuje – pomyślał.
Następnego dnia spakował się, wsiadł do samochodu i
ruszył w drogę.
Do zachodu słońca było jeszcze kilka godzin,
dlatego kiedy przyjechał na miejsce,
zdumiony był pustymi ulicami – jakby nie było – turystycznego miasteczka.
Łagodnie wtopiony w otoczenie „Gościniec Pod
Smrekami” też nie grzeszył nadmierną ilością gości.
- Halo... Jest tu ktoś? – Zapytał nieśmiało,
przekroczywszy próg recepcji i restauracji jednocześnie.
- Halo! – Powtórzył, tym razem trochę głośniej.
Dopiero po chwili zza wahadłowych drzwi –
najprawdopodobniej kuchennych – wyłoniła się młoda kobieta.
- Dzień dobry panu. Czym mogę służyć? – przywitała
go z dziewczęcym uśmiechem.
- Dzień dobry. Dzwoniłem wczoraj do państwa i zarezerwowałem
pokój.
- A... to pan. Miło mi. Zastanawialiśmy się czy pan
przyjedzie.
- Dlaczego miałbym nie przyjechać?
- Jak pan pewnie zauważył, nigdzie żywego ducha.
- No właśnie. Myślałem, że pomyliłem drogi.
Całkowicie wymarła przestrzeń, jak po zarazie.
- Aż tak tragicznie nie jest, proszę nie lękać się.
- To, co się stało?
- U nas już tak jest. Psuje się pogoda – wszystko
zamiera.
- Zatem jakim cudem w całej okolicy wszystkie
miejsca są zajęte?
- Nie ma w tym żadnego cudu. Po prostu, nikomu nie
opłaca się utrzymywać całego hotelu czy pensjonatu tylko dla jednego gościa.
Wolą powiedzieć, że nie mają wolnych miejsc.
- A państwu się opłaca?
- Hm… powiedzmy, że mamy inne priorytety. Poza tym
oprócz pana, gościmy małżeństwo z dzieckiem
- Jednym słowem, tłoczno.
- Pocieszę pana: od jutra będzie pan tutaj jedynym
mieszkańcem. Cały gościniec będzie do pana dyspozycji.
- Liczyłem na ciszę i nie-turystów, ale nie
sądziłem, że będzie tak obłędnie.
- Czy ma pan jakieś specjalne życzenia odnośnie
pokoju?
- Chyba nie…
- Zróbmy tak. Proszę wziąć kilka kluczy, pójść
obejrzeć pokoje i wtedy zdecyduje pan, które drzwi otwierać będzie przez
najbliższe dni. Część hotelowa znajduje się w budynku obok.
- Obłędnie i filozoficznie – powiedział już tylko
do siebie, odchodząc z
pękiem kluczy w dłoni.
Zatrzymał się na korytarzu pierwszego piętra.
Spojrzał w lewo, w prawo i ponownie w lewo. Na obu jego końcach, duże, kryształowe okna, zamykały
przestrzeń pomiędzy nimi, wpuszczając światło jedynie na kilka metrów w
głąb tak, że środkowa część korytarza pozostawała w półmroku.
Doszedł do ostatnich drzwi lewego skrzydła,
sprawdził czy ma klucz z ich numerem i tylko uśmiechnął się przekręcając po
chwili go w zamku.
- Tu będzie dobrze – pomyślał i szeroko otworzył drzwi
tarasu, wpuszczając
świeże powietrze do wnętrza.
- No i co, wybrał pan jakieś drzwi?
- Tak, chociaż mam wrażenie, że to one mnie wybrały.
- Ach… to takie niespodzianki nowego miejsca.
- Albo nadmiernie wybujała fantazja?
- Ale chyba nie przeszkadza to panu?
- Ma pani na myśli wyobraźnię czy niespodzianki?
- Poprzestańmy na wyobraźni.
- Z wyobraźnią często jest tak, że wbija w nas
swoje ostrogi powodując szaleńczy galop na oślep, ale póki nie ma to wpływu na
widzenie rzeczywistości, bynajmniej nie przeszkadza mi.
- Istotnie. Ludzie zamiast dostrzegać obecność
intymnego związku między nimi i światem, pełni uprzedzeń nagminnie wyrokują
fałszywe opinie.
- Może, dlatego że patrzą na rzeczywistość poprzez
pryzmat własnych wyobrażeń?
- Niestety ma pan rację – powiedziała kobieta
robiąc dłuższą pauzę, jednocześnie pogrążając się w myślach.
Zrobiło się cicho, ale nie była to cisza z gatunku
tych niezręcznych, dlatego postanowił nie zakłócać jej. Dopiero powiew wiatru i
skrzypnięcie drewnianych okiennic przerwało milczenie.
- No tak! Ja tu pana zatrzymuję, a ma pan pewnie jakieś
plany?
- Jedyny powód, dla którego przyjechałem, jedyny
plan, jaki mam, to tylko ten żeby BYĆ.
Czy może pani wyobrazić sobie, że nie musi nic
robić, że odnajduje w sobie uczucia potrafiąc je nazwać i akceptować? Czy jest
pani w stanie wyszperać radość tej chwili, której jest uczestnikiem i sycić się
jej spokojem, nie komentując, nie wartościując źródła własnych myśli? Potrafi
to pani?
Jeżeli tak to wie pani, co mam na myśli mówiąc, że
chcę tylko BYĆ?
Słońce zacierało swoje ślady, chowając się nad gęstym kożuchem z chmur.
Rozproszone światło i wszechobecna pustka, zawładnęły jego emocjami. Nawet psy, z reguły w takich
małych miasteczkach nadmiernie gadatliwe, teraz nie przerywały ciszy.
Niespiesznie schodził drogą w stronę jeziora i ruin
zamku, niegdyś warowni granicznej, miejsca koronowanych głów i biesiad z
dziczyzną i miodem pitnym w rolach głównych, miejsca, w którym niejedna białogłowa
straciła cnotę, a niejeden rycerz głowę.
Przechodząc obok ruin uświadomił sobie, że tak jak
on teraz, przed wiekami przychodzili w to miejsce inni i że w czasach, które
nadejdą, też ktoś będzie stawiał stopy na jego śladach.
Doszedł nad sam brzeg jeziora. Z
małej przystani widać było na przeciwległym brzegu drugi zamek, dawno temu
należący do Węgrów.
Mimo, że miał na sobie tylko krótkie spodnie i
cienki t-shirt, nie odczuwał zimna. Pewnie jeszcze długo stałby i przyswajał
sobie naturę tego miejsca, ale słowa mężczyzny odwróciły jego uwagę.
- Dzisiaj przystań jest już nieczynna.
Skierował głowę w stronę nadchodzącego. Była to
postać w wieku trudnym do określenia aczkolwiek pewnie dużo młodsza niżby
wygląd sugerował. Pod skorupą zmęczenia rysy twarzy miał pogodne, choć w oczach
zakotwiczonych było kilka dodatkowych lat.
- Dzień dobry! Ładnie tu – zagadnął do mężczyzny w
trudnym do określenia wieku.
- Strasznie wieje, nie marznie pan? – usłyszał w
odpowiedzi jakby to, na co
patrzył tylko jemu się podobało w sposób całkowicie nieuzasadniony.
- Jestem zimnolubny i wiatronieprzenikalny –
odpowiedział uśmiechając się do przybysza.
- Od samego patrzenia na pana robi się gęsia
skórka. Może ma pan ochotę na kufelek piwa? – dodał z ledwo wyczuwalną nadzieją
w głosie.
- Chętnie!
- Zapraszam, mamy tu małą tawernę – powiedział a
kąciki ust drgnęły mu ku górze.
- To wszystko
jest pana?
- Tylko wypożyczalnia łódek i tawerna, przystań już
nie.
Wcześniej ojciec, teraz razem z żoną prowadzimy ten biznes, ale i tak
ledwie wiążemy koniec z końcem.
- Mówi się, że turystyka to żyła złota.
- Widzi pan gdzieś turystów? Kiedyś było inaczej.
Ludzie mieli pieniądze, a teraz… Nawet pany z Warszawy, którzy pokupowali
ziemie wokół jeziora myśląc, że zarobią krocie, powyjeżdżały. Mówię panu: nie
ma życia. Młodzi pouciekali, zostali starzy i chorzy.
- No i pan z żoną.
- Aaaj… pracujemy chyba tylko z przyzwyczajenia?
- Trudno pojąć, bo tereny są piękne.
- Tak! Tylko, że wszędzie porobili rezerwaty. Nawet
w lesie nie może pan zejść ze szlaku, bo inaczej zapłaci pan mandat.
- A propos. Jest wzdłuż jeziora droga żeby dostać
się do zapory?
- Trzeba objechać w koło, jakieś dziesięć
kilometrów albo tu z przystani przepłynąć gondolą. Może też pan spróbować
przejść po wodzie, jeżeli
pan potrafi? – mówiąc to,
roześmiał się i chyba sam był tym zaskoczony.
- Wie pan? – kontynuował po chwili. Kiedyś, kiedy spodziewano się bardzo
dużych opadów, spuścili wodę z jeziora aby chronić okoliczne ziemie przed
powodzią. Poziom był tak niski, że ludzie odwiedzali swoje dawne domy.
Widzi pan tą małą wysepkę? Trzydzieści metrów poniżej jest dom mojego dziadka –
Panie świeć nad jego duszą. Od
czasu zbudowania zapory, właśnie wtedy udało nam się zobaczyć to, co wcześniej
było i teraz jest pod wodą.
Nie było człowieka, który by nie uronił łez. Później,
kiedy wszystkie domy opadły z sił i ponownie osiadły na dnie pod brunatną
kipielą i kiedy deszcz zaprzestał swoich żartów, jezioro zapłonęło tysiącem
świec puszczanych na wiankach.
Aj… mówię panu… To co, jeszcze po kufelku? – zapytał
i nie czekając na odpowiedź, poszedł napełnić kufle chmielowym płynem.
Zanim
wstał z łóżka, przeciągną się, dobudzając rozleniwione nocną ślepotą ciało.
Szybki prysznic, powoli jedzone śniadanie, kubek zielonej herbaty – to był
naturalny rytuał każdego poranka. Jeszcze tylko kropla ulubionej eau de
toilette – żeby rozgrzewający ją policzek, przyjemnie pachnącą aurę wyczarował –
i był gotowy do wyjścia.
Zapowiadane przejaśnienia zachęciły go do
spłynięcia tratwą przełomem rzeki.
Zajął miejsce przy burcie tratwy tak, by mógł rękę w wodzie od
czasu do czasu zanurzać, bawić się między palcami przepływającą rzeką i jej
słów słuchać szemrzących. Na trzy
czarne bociany krążące wysoko, też patrzeć było cudownie.
Kiedy
już tratwa do brzegu dobiła, na ziemi stopy postawił i ruszył w stronę pierwszego
i następnych szczytów. Krok za krokiem, na ścieżce między drzewami stawiał, w
górę i w dół i znowu w górę.
Po trzech godzinach doszedł do miejsca, gdzie granicą
był las i grzbiet skalnego urwiska. Daleko w dole rzekę było widać, a po obu
jej stronach, na zboczach, drzewa mrowiące się zielenią. Nad wszystkim chmury,
jak domalowane inną ręką, w odcieniach szarości skłębione – forpoczta
nadchodzącego deszczu.
Usiadł na kamieniu przodem do doliny, plecami oparł
się o pień drzewa, nogi zwiesił w dół grani.
Napił się wody, zjadł kawałek czekolady – jej smak
powoli wtapiał się w niego.
Wiedział, że nie zdąży przed deszczem, ale mimo to
nie ponaglał siebie. Wyjął książkę z plecaka.
Spojrzał przed siebie i pomyślał, że ciągle jeszcze
chce tworzyć swoje życie z momentów podobnych do tego(*).
Do kolejnego szczytu dotarł równocześnie z
chmurami. Jeszcze zdążył w prześwicie niewielkim dojrzeć kawałek ziemi,
miasteczko w zakolu rzeki i po chwili armia szarych obłoków zatuszowała
przestrzeń, wilgotnym kaftanem otuliła go szczelnie.
Zrobiło się cicho i sennie. Odwrócił się w jedną, to w drugą stronę, ale
jakby stał w miejscu – wszędzie to samo.
- Połknęła mnie chmura – pomyślał.
Jego oczy roziskrzyły dziecięcą radością.
- Uuu…u! – krzyknął, ale głos pozostał jakby w nim.
- Uuu…u! – powtórzył, a głos i tym razem pozostał w
nim.
Pomachał ręką. Małe świderki odrywały się od
uciekającej dłoni, by wnet rozpłynąć się w chmurze. Spojrzał na nogi – od stóp
do kolan były nieobecne.
- Jak mam stąd zejść skoro nie widzę, po czym
chodzę? – naradzał się z samym sobą i uznał, że będzie to test jego uważności.
Ruszył. Z każdym krokiem nóg było coraz mniej.
Niebawem i brzucha nie było i całego tułowia. Została już tylko głowa i ręce
uniesione do góry. Wiedział, że i tak nie będzie miał się czego złapać gdyby
zaistniała taka konieczność, ale z rękoma uniesionymi do góry czół się pewniej.
Nabrał powietrza do płuc głęboko, zamknął oczy i jeszcze
dwa kroki zrobił. Dopiero kiedy płuca zaczęły domagać się kolejnej porcji
powietrza, otworzył najpierw prawe oko, następnie lewe oko. Według wszelkiego prawdopodobieństwa udusiłby się,
bo ze zdziwienia zapomniał o płucach.
Teraz tylko rąk nie było. Reszta ciała, idealnie
spasowana, czekała na kolejny krok i resztę siebie.
Spojrzał w górę. Nos dotykał chmur, a płuca,
resztką sił przerwały jego zdumienie. Otworzył usta i wciągnął duży haust
powietrza razem z kawałkiem chmury. Roześmiał się na głos i opuścił ręce.
Zaczęło padać.
- No tak…! To wszystko przez tą dziurę, którą
zrobiłem w chmurze – powiedział z przekonaniem.
Schodził
w dół, cały czas w strugach deszczu, w stronę parkingu i samochodu tam
pozostawionego. Za mniej więcej godzinę powinien siedzieć w suchym wnętrzu
auta.
Szedł powoli. Zbocze było gliniaste. Przytrzymywał
się drzew żeby nie stracić
równowagi.
Kilka metrów przed sobą dostrzegł postać idącą pod
górę.
- Cześć – powiedziała, kiedy zrównali się ze sobą.
Młoda kobieta,
ubrana w długą suknię i sweter z owczej wełny. Zamiast kaptura, chustę przewiązaną
miała na głowie. Spod chusty, długie włosy na ramiona jej opadały. Na stopach
sandały miała.
- Cześć – odpowiedział.
- Schodzisz z góry? Nie widziałeś mężczyzny z chłopcem?
– zapytała.
- Nie, nie widziałem. Ani mężczyzny, ani chłopca.
Nikogo – odpowiedział, cały
czas przyglądając się kobiecie.
- Czy my się znamy? – zapytał.
- Nie pamiętam – odpowiedziała. - Na pewno nie
widziałeś mężczyzny z chłopcem? – zapytała jeszcze raz, nerwowo patrząc wkoło.
- Na pewno – odpowiedział bez cienia poirytowania. -
Ale gdzieś już widziałem twoje oczy, gdzieś już czułem twój zapach – dodał i
poczuł gorąco na pulsujących skroniach i powietrze falujące echem bijącego
serca jego.
Dopiero teraz kobieta zatrzymała swoje spojrzenie
na nim.
- …Nie pamiętam. Nnnie… Nie teraz – odpowiadała nie
odrywając wzroku od jego twarzy.
- Jesteś cała przemoczona. Czy coś się stało? Może
mógłbym ci jakoś pomóc?
- Nie… Nie teraz, jeszcze nie…
- Jesteś pewna?
- Nie... Tak, to znaczy tak, jestem… Przepraszam,
muszę iść, nie gniewaj się.
- Nie gniewam się. Uważaj na siebie.
- Ty też. Dziękuję.
Minęła go. Odwrócił się w jej stronę, ale już jej
nie zobaczył.
- Szybko chodzi – pomyślał.
Nawet nie sprawdzał czy jest sam, tylko zdjął wszystko, co
miał na sobie, wyjął z bagażnika suche ubranie i z każdą częścią zakładaną na
nagie ciało odnajdywał smak życia.
Usiadł za kierownicą, przekręcił kluczyk w
stacyjce. Silnik przywitał go niskim, miarowym mruczeniem. Zanim ruszył, chwilę siedział w
bezruchu.
Po drodze wstąpił do małego, wiejskiego sklepu.
Kupił butelkę wina, dużą paczkę świec i coś na przekąskę.
Nim dojechał pod gościniec, słońce zdążyło przesunąć
się na drugą stronę horyzontu.
Na korytarzu czujniki ruchu włączały pojedyncze
lampy przed nim i wyłączały je, gdy tylko je minął.
- Jestem czynnikiem zapalającym, jestem źródłem
światła! – krzyknął, a słowa pomknęły w ciemność korytarzy, by po chwili wrócić.
- …jestem źródłem światła – usłyszał za sobą cichy,
powtarzający się szept. Odruchowo posłał spojrzenie w stronę, z której
dochodził dźwięk, ale poza czernią niczego nie zobaczył.
Trzydzieści palących się świec wypełniło pokój
przyjemnym ciepłem. Gorący prysznic i wino całkowicie go rozleniwiły. Za oknem, siąpiący deszcz nucił
kołysankę. Chciał jeszcze trochę poczytać, ale powieki opadły pod ciężarem
mijającego dnia.
Spał długo. Przez otwarte okno odwiedziło go powietrze, przyjemnie rześkie, przepłukane
nocnym deszczem. Nie niecierpliwił się. Nie patrzył na zegarek. Radość
niespiesznego już południa delikatnie rozbudzała jego zmysły.
- O której godzinie ostatni kurs? – zapytał wysiadając
z gondoli.
- O szesnastej.
- Co tak wcześnie?
- Bez obaw, jeżeli nie przyjdzie pan na czas, poczekamy albo
przypłyniemy jeszcze raz.
- Skąd będziecie wiedzieć, że jestem i czekam?
- Spokojnie, mamy swoje metody.
- Zatem idę cieszyć się rozpoczynającym się dniem.
Do zobaczenia.
- Chyba środkiem dnia?
- Środek – nie środek, dla mnie początek.
Poszedł w stronę cmentarza Salamonów, ostatnich
właścicieli zamku. Na końcu niewielkiej ulicy, u podnóża wapiennej skały,
ogrodzonych płotem kilka płyt nagrobnych było.
Potem poszedł na zaporę, skąd wszyscy robili zdjęcia zamku z
jeziorem w tle. Później poszedł popatrzeć na jachty przycumowane do brzegu. Następnie
chodził po okolicy bez wyraźnego celu i w końcu wylądował w restauracji
„Czardasz”. Był ciepły, z odrobiną słońca dzień, dlatego postanowił usiąść w
ogródku. Mimo, że nikogo oprócz niego nie było, cały czas czół czyjeś
spojrzenie na sobie.
- Może to te trzy ptaszki, siedzące na poręczy
krzesła przy sąsiednim stoliku,
obserwują mnie by w dogodnym momencie dołączyć do uczty? – pomyślał.
Jedzenie było dobre, ale nie miało nic wspólnego z
kuchnią węgierską.
Kiedy już zjadł, poprosił o zieloną herbatę, ciasto
makowe i jabłecznik na francuskim cieście. Czekając na deser, wyjął z plecaka książkę. Zdawało mu się,
że trzy małe posążki na poręczy krzesła poruszyły się, ale nie był pewien.
Czytał stronę po stronie, a ptaszki, jak siedziały nieruchomo tak siedziały.
Dopiero kiedy kelnerka przyniosła ciasta, podglądaczo-ptaki zaczęły przebierać
nóżkami. Cała trójka wyglądała jakby naradzała się nad czymś ważnym. W końcu
jeden z nich, najmniejszy, zatrzepotał skrzydłami i przyfrunął na jego stolik,
lądując tuż przy talerzyku z ciastami.
Jego babcia – oczywiście, że nie ptaka – często
mówiła: - rób małe rzeczy z wielką miłością.
- Masz ochotę na coś słodkiego? Proszę, poczęstuj
się – powiedział do małego bohatera.
Skrzydłak, bo tak go nazwał, przekręcając główkę,
patrzył to na niego, to na ciasto.
- Proszę, nie krępuj się – powtórzył zaproszenie.
Wtedy pozostałe dwa Skrzydłaki dołączyły do pierwszego, stając tuż za nim.
Znowu zatupotały nóżkami, zupełnie jakby porozumiewały się językiem migowym.
Ten pierwszy, nie czekając dłużej, kilkoma szybkimi ruchami dzióbka odłupał spory kawałek ciasta
makowego i cała trójka odfrunęła.
Dopiero teraz dotarło do niego, co było
nienaturalnego w tym wszystkim. Jeden z trzech Skrzydłaków, ten najmniejszy,
rzucał czerwony cień.
Dochodziła siedemnasta. Na przystani nikogo nie
było, gondoli też.
Usiadł na ławce i czekał. Po piętnastu minutach,
przy przeciwległym brzegu zauważył jakiś ruch. Po kolejnych dziesięciu był już w
gondoli.
- Czekając na pana, zastanawiałem się czy będę miał
okazję sprawdzić umiejętność chodzenia po wodzie?
- Dobrze, że pan tego nie zrobił. Inaczej musiałbym
pana zabić.
- Dlaczego?
- Bo zdradziłby pan największą tajemnicę ludzkości.
- A, co z wolnością, swobodą wyrażania myśli,
poszanowaniem jednostki?
- Za dużo czyta pan książek.
- Rozumiem, że jest pan strażnikiem tajemnic z
własnej woli?
- Oczywiście!
- Acha…
Następnego dnia poszedł pożegnać się i zapłacić za
pobyt. W recepcji i tym razem nie było nikogo.
- Halo, halo! – zawołał dwa razy żeby zaoszczędzić
na czasie.
- A, to pan! – przywitała go ta sama kobieta, co
poprzednio.
- Dzień dobry! Chciałem zapłacić i pożegnać się.
- Już pan wyjeżdża? Pogoda nie rozpieszczała pana.
Pewnie nie jest pan zadowolony z pobytu?
- Ależ, co pani mówi? Pogoda była wspaniała i nie
mógłbym sobie wymarzyć lepiej spędzonego czasu.
- To dobrze, cieszę się.
- Ja też. Poznałem wszystko, co chciałem poznać.
W drodze do domu, po dwóch godzinach jazdy, zatrzymał się w małym miasteczku
żeby rozprostować kości. Odzwyczaił się od tak długiego siedzenia w jednym
miejscu.
Wszedł na wzniesienie, skąd widać było panoramę miasta. Po niebie chmury płynęły
leniwie, na przemian
przygaszając i rozpalając słońce.
Lekki powiew wiatru przyniósł dobrze mu znany
zapach. Żeby zlokalizować źródło zapachu,
posłużył się starym, żeglarskim sposobem na określenie kierunku wiatru.
Obracał się dopóty, dopóki w obu uszach nie czuł porównywalnego szumu. W
odległości mniej więcej dwustu metrów, w linii wiatru była baszta
niegdysiejszego zamku. Po obu jej stronach dwie postaci stały, a na jej
wierzchołku trzecia.
Poczuł nagły
przypływ energii. Podobnie jak wtedy w górach jego serce, teraz ich serca
delikatną wibrację powietrza tworzyły.
- Mówiłem, że znam ten zapach, że widziałem te oczy
– szepnął, patrząc cały
czas w stronę trzech postaci.
Podnieśli ręce do góry na znak, że go słyszą. Uśmiechną się i
wiedział, że szukając swojej drogi zawsze tworzyć będą niewidzialny rytuał
wspólnoty.
(*) „Ponieważ ciągle jeszcze chcę tworzyć swoje
życie z momentów podobnych do tego.” – Na Pastwę Aniołów, Jonathan Carroll.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz