Święta Wielkiej Nocy zawsze kojarzyły mu się z wiosną; zielona trawa, słońce
ogrzewające ciało wytęsknione jego promieni, biegające w krótkich spodenkach roześmiane
dzieci, zapach budzącego się z zimowego snu lasu.
Wiosną i jesienią pachniał tak samo.
- Początek i koniec, narodziny i śmierć mają ten sam zapach – pomyślał.
Niekończące się misterium życia.
Dojeżdżał do miasteczka leżącego w dolinie. Gruba warstwa płatków
śniegu, przytulonych do siebie, nie przypominała wiosny, dlatego jeszcze raz
przeliczał w pamięci czy zabrał wszystko.
„Narty, buty, gogle, bielizna”.
Kasku nie miał. Nie lubił nosić na głowie czegokolwiek, niezależnie od
sytuacji. Śmiał się, że dzięki gołej głowie ma lepszy kontakt ze wszechświatem.
Nad miastem dominowała góra, monumentalnie wyniesiona ku niebu,
chowająca wierzchołek w chmurach. Postanowił nie jechać do hotelu, tylko od
razu pod wyciąg, a tam, gondolą, wyżej, na szczyt.
Zjechał z głównej drogi, skręcił w wąską uliczkę prowadzącą w stronę
stoku. Na szczęście chętnych do poruszania się samochodami było niewielu, bo
sytuacja z sekundy na sekundę robiła się coraz bardziej dramatyczna. Na oblodzonej nawierzchni koła zaczynały tracić przyczepność.
- Jeszcze kilka metrów i będzie płasko, dasz radę, śmiało – mówił z
wypiekami na twarzy mając nadzieję, że auto go posłucha .
Ale auto tylko jęknęło, jakby przepraszało, że nic z tego nie będzie i
powoli zaczęło zsuwać się w dół drogi. Na domiar złego, obróciło je w poprzek
i wypełniając całą przestrzeń między krawężnikami, niczym łódka niesiona falą, nabierało prędkości.
- Oby tylko nikt nie jechał, inaczej będzie niewesoło – pomyślał.
Pojedyncze kamyki, leżące poniżej, ożywiły jego optymizm.
- Niechaj jeden kamyk dostanie się pod koła i jestem uratowany. Nie
może być inaczej. Pomyśleć, że są kamienie, które zabijają i te drugie… Tak… jeden
kamyk może mnie uratować.
Rozmyślając nad różnym wykorzystaniem kamienia, poczuł lekkie
szarpnięcie.
- To pewnie nasz zbawienny kamień? Widzisz? Wystarczy wierzyć – mówił
na głos, mimo że w aucie oprócz niego nie było nikogo.
Tym razem autem obróciło tak, że mógł zjechać bezpiecznie na dół.
Dwukilometrowy odcinek do wyciągu zdecydował się pokonać pieszo.
- Przecież nie będę tu stał i czekał na nagłe ocieplenie lub inne
zmiłowanie.
Przebrał się, wziął sprzęt i ruszył przed siebie.
- Czy wszystko musi być okupione, krwią, potem i łzami? – uśmiechną się
i z wrodzoną pogodą ducha dodał: „krew” mam za sobą, pot zaraz będzie, a łzy…
szczęścia też się znajdą. W końcu będę robił to, co lubię.
Po czterdziestu minutach, zdyszany i mokry stanął przed kasami wyciągu.
Chciał powiedzieć jakieś niecenzuralne słowo, ale zamiast tego
odpowiedział mężczyźnie, który nie wiedzieć jakim sposobem, znalazł się
naprzeciwko niego.
- Dzień dobry! Przysiągłbym, że pana tu nie było – dodał, nabierając do
płuc duży haust powietrza.
- Może to cud? – Powiedział nieznajomy, pokazując białe zęby w szerokim
uśmiechu.
- Wygląda pan na dojrzałego mężczyznę, a opowiada takie bajki.
- Pan nie wierzy w cuda? Przecież każdego dnia jesteśmy świadkami
sytuacji, które trudno racjonalnie wytłumaczyć. Dlaczego nie nazwać ich cudem?
- W aspekcie religijnym?
- Nie koniecznie. Kwestia interpretacji wynikającej z percepcji
własnego umysłu. Ale!… Mam jeden, zbędny karnet. Chętnie go odstąpię.
- Ile ta przyjemność będzie mnie kosztować?
- Dla każdego przyjemność ma inną cenę.
- Więc?
- Tylko wartość zwrotnej kaucji.
- Jest pan niezwykle uprzejmy, co w dzisiejszych czasach jest cudem.
- Czyli cuda się zdarzają.
- Przekonał mnie pan.
Obaj roześmiali się i wzajemnie życząc sobie miłego dnia, rozstali się.
Oprócz niego, w wagoniku było troje młodych snowboardzistów. Żywo
dyskutowali o stylu ześlizgiwania się ze stoku, o swoich mistrzach, o tym, z
kim się wieczorem umówią i co jeszcze będą robić. Byli bardzo podekscytowani i
jego obecność w niczym im nie przeszkadzała.
Po kilkunastu minutach dojechali do górnej stacji kolejki.
- Dawno mojej głowy w chmurach nie było i nikt mi nie zarzuci, że
jestem zarozumiały. Ach… życie jest piękne – pomyślał, jednocześnie
przyzwyczajając wzrok do mlecznego otoczenia.
Pierwszy zjazd postanowił potraktować, jako rozpoznawczo-rozgrzewający.
Wpiął narty, poprawił gogle i zdecydowanym ruchem odepchnął się.
Górna część trasy była mocno nachylona, miejscami oblodzona; lubił
takie zbocza. Cały ten odcinek pokryty był muldami, ale on wypatrzył równą,
biegnącą środkiem jakby ścieżkę.
Naprzemiennie i szybko przenosząc ciężar ciała z jednej narty na drugą,
balansując przy tym biodrami, pomknął w dół. Zatrzymał się dopiero na płaskim
odcinku.
Zza jego pleców niczym duchy, wyjeżdżali z białej ściany nieliczni
narciarze zostawiając za sobą wirujące obłoczki.
Tym razem siedział sam.
Do przyspieszającej gondoli i przez drzwi już zamykające się, wskoczył
starszy mężczyzna.
- Dzień dobry! Dosiądę się. Razem będzie mniej samotnie – powiedział,
siadając naprzeciwko niego.
- Dzień dobry!
Przez jakiś czas jechali w ciszy, poddając się własnym myślom.
- Wie pan, że różne rzeczy można łatwiej naprawić niż człowieka? –
Zapytał mężczyzna.
- Słucham? Przepraszam, nie dosłyszałem.
- Wie pan, że różne rzeczy można łatwiej naprawić niż człowieka? –
Powtórzył mężczyzna.
- Co pan ma na myśli?
- Zwłaszcza, kiedy gniew zaczyna nas napędzać i zapominamy, co jest
największym skarbem – mówił dalej mężczyzna, jakby nie słyszał pytania. Wtedy
strach mami nasze zmysły. Oszukuje nas.
A wystarczy przypomnieć sobie dźwięk bijącego serca z przeszłości…
Ale, co z tego, jeżeli najbardziej boimy się samych siebie? Na skutek
swoich poglądów i złego doświadczenia rozstajemy się z dziecięcą naiwnością i
przestajemy wierzyć, że to, co niezwykłe i niebanalne, jest możliwe. Przestajemy
ufać.
- I co wtedy?
- Trzeba odnaleźć siebie i spróbować jeszcze raz.
- Żeby odnaleźć siebie potrzebna jest odwaga, a ludzie najczęściej boją
się prawdziwie poznać samych siebie. Nie wiedzą, że w pozornych przejawach
słabości jest ich siła.
- Dobrze powiedziane. Nie jest pan przypadkiem psychiatrą?
- Nie, ale kiedyś poznałem siebie i zaakceptowałem całą prawdę o sobie.
- I jak pan się z tym czuje?
- Bardzo dobrze, mimo że daje mi to dużą przewagę w relacjach z innymi
ludźmi, a przez ich powierzchowność i stereotypowe myślenie często dochodzi do
niezrozumienia. Najczęściej wtedy człowiek trafia do szuflady z napisem:
„dziwne i nieprzydatne”.
- Widzę, że jest nas troje. Pan, moja żona i ja.
Źrenice mężczyzny przez chwilę rozszerzyły się i prawdopodobnie pogalopował
w myślach do ukochanej. Na pewno tak było, bo zaczął opowiadać o żonie, o
czystych radościach ich życia, o tym jak kupowali nieduży domek żeby być
blisko gór i o tym jak miłość wypełnia każdy, wspólnie spędzony dzień i o
tęsknotach, kiedy nie mogą być razem.
- Jeżeli będzie pan tu jeszcze i znajdzie pan czas, to zapraszam. Żona
bardzo się ucieszy z pana obecności.
- Dziękuję za zaproszenie. Przyjdę na pewno.
Pułap chmur podniósł się na tyle, że można było dojrzeć nartostradę w
całej jej okazałości. Chętnych do białego szaleństwa przybywało, więc po
krótkim nasyceniu się widokami, ruszył.
Daleko nie ujechał.
- Coś się stało, może mógłbym w czymś pomóc? – Zapytał, zatrzymując się
przy siedzącej między muldami kobiecie.
Mówiła coś do siebie i wbijała energicznie kije w śnieg.
- Oszukał mnie! Widzi pan? Oszukał mnie!
- Kto?
- Instruktor! Powiedział, że sobie poradzę i wysłał mnie na tą górę. A
ja nie mogę kilku metrów przejechać bez upadku!
- Myśli pani, że instruktor wraz z pani mężem uknuli spisek i z
premedytacją wmówili jej, że potrafi już wystarczająco dużo, wiedząc że skutek
może być tragiczny?
- Nie mam męża! – Wykrzyknęła i energicznie wbiła pięści w śnieg.
Dopiero teraz spojrzała na niego. Nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
Dopiero teraz spojrzała na niego. Nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
- Chyba trochę przesadziłam, prawda?
- Po prostu ma pani gorszy dzień i odrobinę mniejszą wiarę w siebie.
- Łatwo panu mówić, bo pan umie jeździć na nartach.
- Tylko dlatego, że urodziłem się z nartami na nogach.
- Naprawdę? – Zapytała z ożywieniem w oczach. Aj…! Żartuje pan sobie ze mnie! – Dodała szybko.
- Może troszeczkę? Proszę podać mi ręką, pomogę pani wstać.
- Dziękuję. Muszę się uspokoić. A poza tym na imię mam Marta.
- A ja Sławomir. To, co? Spróbujemy zjechać?
- Ale jak? – Zapytała prawie ze łzami w oczach.
- Przede wszystkim rozluźnij się, zapomnij, że przed chwilą nie umiałaś
jeździć i szybko przypomnij sobie, że umiesz jeździć. Jadąc, nie analizuj
każdego ruchu, pozwól ciału reagować intuicyjnie.
- Nie dam rady, przewrócę się.
- Nie panikuj! Będę cały czas obok.
- No dobrze, raz Marcie śmierć!
- Wcale nie jesteś do kozy podobna!
- Aj tam! Aj tam!
Kiedy zjeżdżali z góry ostatni raz, miasteczko w dole rozświetlały
uliczne latarnie.
Jej auto stało samotnie pośrodku parkingu.
- Odwiozę cię. Dobrze?
- Dobrze.
- Jutro też będziesz?
- Będę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz